poniedziałek, 16 czerwca 2014

Rozdział XLIV



- Dave, powiedz mi jeszcze raz – zaczął skacowany Koreańczyk. On odwrócił się w jego stronę i ze zrezygnowaną miną po raz kolejny zaczął słuchać pytania kolegi – Czy ja naprawdę oświadczyłem się Tiffany?
- Masz rozmach – Zaśmiał się – No stary, wszystkiego dobrego na nowej drodze życia – podszedł do niego charakterystycznie klepiąc go po ramieniu. Ten odsunął się i poczuł z tyłu czuły uścisk. To była ona.
- Kotku – Zaczęła kładąc rękę na jego zakrytym torsie – Co taka mina? Nie możesz się smucić, czeka nas dzisiaj wiele przygód – puściła do niego oczko, a ten spotkał się z dziwnym uśmiechem kobiety.
- Tiffany, ja… - Zająknął się - wiesz, że ja wczoraj byłem…
- Był okropnie podekscytowany – wtrącił się Bennington widząc jak jego głupi rozum nie potrafi wybrnąć z tej sytuacji – Widziałem to, będziecie piękną parą młodą – Uśmiechnął się do nich serdecznie widząc jak tkwią w swoich objęciach.
- No to co dzisiaj robimy? – Spytała uwodzicielsko przegryzając dolną wargę – Bo tak naprawdę mam kilka planów, ale to już jak będziemy na osobności…
Dave odwrócił wzrok i poszedł po swoją bluzę. Wziął ją do ręki i zarzucił na siebie.
- Komu w drogę, temu w drogę – powiedział głośno – Braaaaad! – Wrzasnął tak by Delson mógł go usłyszeć z pierwszego piętra – Ja się zmywam, jak nie zejdziesz za dwie minuty wracasz na piechotę!
- Jesteście jeszcze trochę pijani – zauważyła narzeczona Hahn’a – Jak chcecie wrócić?
- Normalnie – odpowiedział im Dave – Jak tu zostanę to będę musiał sprzątać ten chlew, więc się zmywam jak poprzednicy.
-  A chlać to było komu – fuknął do niego Bennington i odwrócił się od nich, by wlać sobie do kubka wody mineralnej. Upił łyk i spróbował przywołać wspomnienia, których i tak nie pamiętał. Jego głowa nie pracowała jak należy, ból bił go ze wszystkich stron, a sam nie wiedział co zrobić.
- Mógłbyś okazać trochę miłosierdzia swojemu najlepszemu koledze – zaczął Brad schodząc ze schodów, nawet nie zauważając jak Dave śmieje się z jego przedostatniego słowa – Musiałem coś zrobić.
- Nie chcę wiedzieć co – odpowiedział mu Joe i poczuł jak Tiffany ciągnie pod drzwi. Popatrzył na nią zaskoczony, a ta wyskoczyła z wyjaśnieniami:
- My też idziemy, co będziemy tu robić? Mamy lepsze zajęcia niż siedzenie tu przez cały dzień – Uśmiechnęła się w jego stronę.
- Wiecie co?- Spytał skołowany Chester – Ja idę na górę, a wy róbcie co chcecie – Wskoczył na schody i rzucił im szybkie „cześć”. Ten ból głowy utrzymywał się coraz bardziej, a myśl, że to wszystko będzie musiał jeszcze sprzątnąć zabijała go jeszcze bardziej. Gorzej być nie mogło.
Wszedł do sypialni i lekko uchylił drzwi. Widząc jak Emily śpi w jego łóżku uśmiechnął się, lecz nic nie powiedział. Otworzył szafkę szukając jakiegoś skutecznego leku na ból głowy. Nie znalazł nic dobrego, przeklął w myśli, że jego głupota wyszła na jaw.
Nagle poczuł coś za swoimi plecami. Delikatne ręce złapały mężczyznę w pasie, ale w tej chwili on nie mógł się na niczym skoncentrować.
- Myślałem, że śpisz – rzucił jej po chwili.
- Obudziłam się przed chwilą – odpowiedziała mu i obróciła mężczyznę ku sobie. Nieogarnięte włosy wyglądały bardzo intrygująco w zestawieniu eleganckiej sukienki, a rozmazany makijaż sprawiał wrażenie jakby dopiero co wróciła z jakiejś rzeźni. Nie przejmując się własnym wyglądem złapała za jego rękę i powiedziała:
- Wiesz, że pierwszy raz budzę się bez bijących myśli o tym, że na ulicy mogę go spotkać? Uświadamiam sobie tę wolność myśli, naprawdę – oznajmiła – Dziękuję, za to co dzisiaj powiedziałeś – uśmiechnęła się.
- Czekaj, co powiedziałem? – Zaskoczony aż odskoczył na bok.
- Nie pamiętasz? – Spytała, ale spotkała się z przeczącą miną ukochanego. Patrzyła w jego oczy jeszcze przez jakiś czas i machnęła ręką – Wiedziałam, że to się tak skończy – Zaśmiała się i przybliżyła się w jego stronę. Dotknęła jego ust lekko na niego napierając.
- Jeszcze cię trzyma? – Zaśmiał się, ale po chwili jęknął z bólu, gdyż głowa ponownie się odezwała swoim uporczywym dudnieniem.
- Mnie? – Spytała zdziwiona – Nie Chester, po prostu dziękuję – Uśmiechnęła się od niego i podeszła pod drzwi łazienki.
- Ej czekaj! – Wrzasnął – Co ja takiego powiedziałem?
Ta tylko podniosła brwi do góry uświadamiając mu, że nie ma zamiaru o tym mówić i szybko zniknęła za drzwiami, zostawiając mężczyznę w głębokim rozmyślaniu.

                                                                         ***         

- Jak ci idzie? – Krzyknął z kuchni właściciel domu. Przetarł ręką o swoje czoło i wyrzucił butelki do kolejnej torby na śmieci.
- Wiesz, że nienajgorzej? – Zaśmiała się z drugiego pomieszczenia. Mężczyzna słysząc to wstał z podłogi i po raz kolejny spróbował zetrzeć „coś” co było na jego bladzie. Czarna maź przylepiła się na dobre do stolika i za wszelką cenę nie dała się ściągnąć. Przyglądnął się jej jeszcze przez chwilę i przyłożył ścierkę do wielkiej plamy.
- Chester? – Spytała się nagle Emily. Nie odpowiedział nic, ale to nie znaczyło, że nie chciał jej słuchać – Wyjdźmy gdzieś razem…
- Gdzie? – Spytał zaskoczony – Nie mało ci po dzisiejszej nocy?
- Nie – odpowiedziała mu krótko – Myślałam nad czymś spokojniejszym…
- To znaczy?
- Amfiteatr, filharmonia… - Chester słysząc to zrobił zaskoczoną minę i oderwał się od wcześniejszej pracy. Wpatrując się nadal w głuchą przestrzeń usłyszał głośny śmiech. Zdezorientowany złapał ponownie za jakiś środek chemiczny i usłyszał.
- Przecież żartuję, chciałam sprawdzić jak zareagujesz – Zaśmiała się i zaczęła spokojniej – Co myślisz o kinie?
- O kinie?
- Tak – odparła krótko i zaczęła układać porozwalane książki – Chyba, że masz już plany to…
- Nie, no możemy iść – powiedział.
- Jesteś zaskoczony?
- Trochę… - oznajmił ścierając czarną maź z szafki.
Nagle zadzwonił telefon. Dźwięk rozprzestrzeniał się przez kilka sekund, po czym kobieta odebrała komórkę. Na początku nie było nic słychać. Rozmawiała z kimś przez dłuższy czas. Spojrzał w stronę pomieszczenia i zobaczył jak nagle stanęła w kuchni. Przez pewien czas Chester próbował odgadnąć o co może chodzić w jej głupim uśmieszku, ale nie zaryzykował pytaniem, liczył, że kobieta sama wyjaśni o co może chodzić.
- Nie idziemy do żadnego kina – Oznajmiła z coraz większym uśmiechem na ustach – Idziemy świętować, gdziekolwiek, możemy się po raz kolejny upić…
- Co taka nagła zmiana planów? – Spytał zaskoczony wstając z podłogi. Kobieta tylko szybko pod niego podeszła i krzyknęła ze szczęścia.
- Mam pracę! Rozumiesz?! – Po tych słowach mocno złapała się za głowę Benningtona i mocno pocałowała zaskoczonego mężczyznę.
- Ale jak to? – Odezwał się po krótkim całusie – Naprawdę?
- No nie ściemniam ci! – Wrzasnęła podekscytowana i usiadła na stole. Miał już coś rzucić, żeby z niego zeszła, ale się powstrzymał. Przecież drugi raz może po nim przejechać ścierką – Jezu, mam w końcu tę pracę! – Kobieta nie ukrywała swojej radości, wręcz przeciwnie. Złapała za stojącą wodę i upiła z niej łyk. Położyła ją obok ręki Chestera.
- Trudno mi się będzie przestawić – Uśmiechnął się w jej stronę i dodał – Dziwnie…
- Że kobieta pracuje? – Przerwała mu – Oj przestań, nie miałam zamiaru zostać jakąś kurą domową czy coś w tym stylu, ona dobrze mi zrobi. Może nie jest najwyższych lotów, ale muszę coś zrobić ze swoim życiem.
- Widzę, że od pewnego czasu pojawiła się u ciebie niezła determinacja – Zaczął patrząc w jej rozweselone oczy. Wysłał jej ciepłe spojrzenie i dodał – Bardzo mi się to podoba…
- Zrozumiałam chyba coś, czego nie mogłam pojąć tak długi czas – Odpowiedziała mu, a ten zaciekawiony odłożył na bok ścierkę – Życie jest tylko jedno, zawsze się będzie żałować pod koniec, że czegoś się nie zrobiło, ale lepiej uświadomić sobie swoją pozycję już w jego środku. Wtedy jest to czego dążyć i mieć po prostu tę satysfakcję, że dałeś z siebie wszystko. Rozumiesz? – Spytała go po chwili.
Ten kiwnął głową i uśmiechnął się w jej stronę.
- To jak? Kończymy i idziemy gdzieś świętować? – zapytała i po chwili wyrwała Benningtonowi butelkę ze środkiem chemicznym.

***
Długie włosy przeszły obok oczu Shinody, który w najlepsze siedział na wygodnej kanapie. Co chwilę jego wzrok uciekał ku pięknej kobiecie, ale nie dał tego po sobie poznać.
- Zmieniłabym tu coś – powiedziała głośno. Zatrzymała się i stanęła naprzeciw Mike’a – Masz tutaj mało zieleni, wiesz? Dodałabym kilka kwiatów, tak byś mógł czym oddychać.
- Mam czym oddychać, uwierz mi – rzucił jej z lekkim uśmiechem.
- Chodzi mi o czyste powietrze. Daj mi czas, a coś tu sprowadzę, serio – Zamyśliła się i spojrzała na zrezygnowaną minę towarzysza. Widząc jego ignorancje dodała – No co? Wydaję mi się, że ten dom jest zapuszczony. Po kątach walają się papiery, na szafkach jest kurz, ciemno, brudno, pusto, ponuro…
- Dobrze, że jesteś szczera – odparł jej – Wiesz, od czasu rozprawy nie miałem jak posprzątać.
- Już się tak nie tłumacz – rzuciła mu i usiadła obok mężczyzny – Wybaczam ci. A tak poza tym, opowiadaj.
- Co? – Spytał zaskoczony.
- Co cię dręczy, widzę to – Uśmiechnęła się i odwróciła w jego stronę. Oceniła jego wyraz twarzy i widząc na nim lekkie zmieszanie rzuciła – Możesz mi zaufać.
- Muszę znaleźć Jessicę – Po tych słowach Lisa spojrzała na niego jak na idiotę, no fakt. Uważała go po tych słowach za kretyna. Oceniła jeszcze raz czy mówi prawdę i rzuciła ze złością:
- Żartujesz, prawda?
- Nie – odparł krótko i złapał się za wygodny materac – Była jaka była, ale zobacz. Dlaczego dała ten list? Dlaczego jej nie ma? Jak ktoś jej coś zrobił to nie wybaczę sobie tego…
- Uspokój się! – wrzasnęła – Zdradziła cię, usunęła twoje dziecko, a potem bezczelnie nakłamała przed sądem! Masz ochotę jeszcze na nią patrzeć?
- Chcę tylko się dowiedzieć dlaczego to zrobiła – odpowiedział jej i spotkał się z jej wściekłością.
- Nie Mike, nie szukaj jej – powiedziała zdenerwowana – Uwolnij się, uwolnij się od przeszłości. Wiem, że potrafisz, tylko musisz tego chcieć. Nie rób nic pochopnie.
- Nie rozumiesz, że to mnie nurtuje od kilku dni? – Spytał załamany.
- Jak ją spotkasz to co? Wskoczysz w jej ramiona, no a może ona w twoje? Tak to sobie wyobrażasz? Że wybaczysz jej winy, że ona cię pokocha?
Spojrzał na nią zrezygnowany. Nie wiedząc co odpowiedzieć na jej spostrzeżenie spojrzał pusto w podłogę. Oceniając każdy okruszek na poszarpanym dywanie zaczął liczyć do dziesięciu by się uspokoić.
- Nadal chcesz w to brnąć? – Spytała spokojnie łapiąc ukradkiem za jego dłoń. Wzdrygnął się, lecz jej nie odsunął, nie przeczył, że właśnie w tej chwili tego potrzebował – Pamiętasz swoją radość po tym jak wyszedłeś z tego obrzydliwego pomieszczenia? Ja pamiętam nadal ten twój wspaniały uśmiech, Mike chcę go częściej – Ugryzła się w język i przymykając oczy rzuciła – Nie chcę byś wracał w starą przeszłość, wiem że trudno jest zapomnieć, pewnie jeszcze nie raz będzie ci się to wszystko śniło po nocach, ale tak naprawdę nie rozgrzebuj tego ponownie. Ona wyjechała, nic nie zrobisz. To było najlepsze rozwiązanie tej sytuacji, uwierz mi. Nie chciałbyś teraz co chwilę mijać jej na ulicy, mieć te głupie wspomnienia i żale. Dwa razy zachowała się mądrze – przyznając się do winy i wyjeżdżając.
- Nienawidzisz jej – stwierdził.
- Nie opowiadaj, że ona jeszcze coś dla ciebie znaczy. Mike do jasnej cholery przejrzyj na oczy! – Wrzasnęła – Zabiła twoje dziecko, wsadziła do paki, wykorzystywała cię. A ty chcesz jeszcze dla niej szacunku? Ludzie tak nie robią, nie pławią się dla przyjemności w cudzych nieszczęściach.
- Wiem, że coś się stało. Chcę tylko ją odnaleźć – Zwrócił się ku niej i trzymając nadal jej rękę zapytał – Pomożesz mi? Wiem, że to głupie co robię, ale nie wiem co mam o tym wszystkim myśleć. Dlaczego tak nagle się poddała? Ktoś ją musiał zastraszyć, ktoś musiał jej coś powiedzieć, albo zrobić. Boję się, pomimo tego, że to wszystko minęło jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, to czuję się za nią cholernie odpowiedzialny.
- Rozumiem – odparła – Ale nie wiem czy się zgodzę.
- Nie chcesz mi pomóc? – Spytał po chwili.
- Nie chcę patrzeć na to jak cierpisz. Nie chcę by stare rany powróciły, nie jestem pozytywnie nastawiona na ten pomysł. Zresztą nawet nie wiem jak ty chcesz to zrobić.
- Sam nie wiem, ale zrobię to. Dla świętego spokoju.
- Ty ją zostaw lepiej w świętym spokoju. Mike, ona nie zasługuje na taką troskę. Zabiła człowieka, dziecko. Czy ty się słyszysz?
- Wiem – odparł bardziej ściskając dłoń kobiety. Ta czując jak Shinoda naciska mocniej, zacisnęła usta i dodała:
- Nie wiesz, ale ja wiem co będzie potem. Nie powracaj do przeszłości…
- Skąd wiesz? – przerwał jej po chwili. Ta odsunęła się od niego i zamilkła. Oceniła swoje niebanalne paznokcie i przegryzła nerwowo wargę.
- Mieliśmy być szczerzy – rzucił jej, ale nie złośliwie. Tu było coś innego – Możesz mi zaufać – dodał jej ulubionym cytatem i ponownie przybliżył się do siedzącej kobiety.
- Nie chcę patrzeć na cierpienie innych osób, osób które są dla mnie bliskie. Wprawdzie jesteśmy tylko znajomymi…
- Myślę, że już tak trochę przyjaciółmi – uśmiechnął serdecznie, a ta spojrzała w jego święcące oczy. Nieśmiało odwróciła wzrok i kontynuowała:
- No, jak mówisz przyjaciółmi… Nie wiem czy chcesz to słyszeć.
- Zniosę wszystko – powiedział z troską – Widzę, że to w tobie tkwi – spojrzał na nią i nie słysząc żadnej odpowiedzi dodał – Stosuję tę samą terapię jak ty.
- Nie wracałam do tego przez pewien dłuższy czas – odparła zahipnotyzowana. Bez żadnych emocji ogarnęła rude włosy do tyłu – Boję się…
Ten tylko uśmiechnął się w jej stronę i bez żadnego domyślania się o co może chodzić zaczął słuchać.
- Jesteś jedną z nielicznych osób, z którym chcę o tym rozmawiać, wiesz? – Spytała teoretycznie – Ale jeśli nasza głupia wyimaginowana terapia ma polegać na czymś takim mogę zaryzykować.
- Nie jest głupia, czasem mi pomaga – odparł szybko.
- Naprawdę? – Posłała mu uśmiech pełen troski i kontynuowała – Fajnie, że ktoś się tak mną jeszcze zainteresował. Przez pewien czas wymieniałam tylko zdania z personelem szpitala i z ludźmi ze sklepu.
- Dziwne… - Odparł bez namysłu – Jak ze mną pierwszy raz rozmawiałaś to nie wydawałabyś się być skryta. Wręcz przeciwnie…
- Uwierz mi, nie nawiązuję tak naprawdę w taki sposób znajomości. Po prostu się boję, a w tobie widziałam coś innego. Byłeś inny, taki… - zamyśliła się – Nie wiem, nie potrafię tego określić. Przypominałeś mi kogoś.
- Kogo?
Nie zważając na jego pytanie kontynuowała:
- Zaskoczę cię, jak oznajmię ci że byłam mężatką? – Popatrzyła na jego twarz i widząc na niej wielkie zaskoczenie odwróciła wzrok – Nieprawdopodobne prawda? Ojej, to było dawno, nadal go pamiętam, jego ciemne oczy, jego dotyk, masywne dłonie i czułe, dobre serce. Jak wracał z pracy i całował mnie na powitanie, a potem na pożegnanie – jak wychodził. Był niczym wielki anioł stróż, zrobiłby wszystko bym tylko czuła się bezpiecznie. Poznałam go niespodziewanie, kiedyś zgubiłam telefon w klubie, a on go odnalazł – Wymusiła uśmiech, tak by nie dobić się jeszcze bardziej – Najdziwniejsze spotkanie na świecie, dobrze, że jego uczciwość wygrała. Zakochałam się w nim, on we mnie, wzięliśmy ślub… Układało się wręcz idealnie.
Shinoda widząc jak jej głos załamuje się niczym światło przechodzące przez pryzmat, wziął jej drugą dłoń i ścisnął mocniej. Poczuła dziwną ulgę, czuła desperację, frustrację oraz smutek.
- W małżeństwie jak to w małżeństwie, są i spory i przyjemne chwile. Kłóciliśmy się czasem o byle co, ale nie rozstawaliśmy się na dłuższy czas. Po prostu potrzebowaliśmy czasu. Wtedy pojawiły się dwa małe skarby. Eva i Elisa – piękne miały imiona prawda? – Spytała retorycznie i spojrzała na Shinodę. Czując, że to zdanie nie przejdzie jej przez gardło zamknęła oczy i z wielkim bólem rzuciła:
- Bliźniaczki, wiesz ile czekaliśmy z moim mężem na ich przyjście? W czasie ciąży jeszcze pojawiło się kilka komplikacji, ale z tego wybrnęłam. Urodziłam je całe i zdrowe, chociaż na początku nie było za wesoło. Były wcześniakami, jeszcze malutkie, przyszły na świat półtora miesiąca przed terminem., dlatego baliśmy się o to że może coś nie wyjść, ale udało się – Uśmiechnęła się lekko, lecz Shinoda zauważył jej łzę w prawym oku. Nie chcąc dramatyzować otarła ją i wzięła większy oddech, tak by zatamować potok łez. To nie była ta chwila by panikować.
- Żyliśmy jak prawdziwa szczęśliwa rodzina. Arthur – bo tak miał na imię mój mąż – zaczął pracować po godzinach by nas utrzymać, ja wtedy nie pracowałam. Nie stać nas było na jakąkolwiek niańkę, dlatego stałam się taką kurą domową. Nie było to dla mnie korzystne, no ale czego się nie robi dla osób, które się kochało i nadal kocha… Pewnego razu Arthur chciał pojechać z nami do swoich rodziców. Nie sądziłam, że to dobry pomysł, miałam wtedy przyjęcie urodzinowe u swojej przyjaciółki. Kazał mi je odwołać, ale co ja mogłam? Byłam współorganizatorką, a tak w ogóle ona znaczyła dla mnie bardzo wiele. Pokłóciliśmy się, nadal sądzę, że ten powód był bardzo śmieszny i nadal nie mogę pojąć naszych głupich rozumów. Chociaż go rozumiem, dostał upragniony urlop i chciał z nami wyjechać z tego głupiego miasta, a ja po prostu krzyżowałam mu plany. Uzgodniliśmy w ostatni dzień, że pojedzie z dziećmi, a ja po prostu dojadę po trzech dniach.
Przełknęła ślinę i spojrzała na swoje dłonie.
- Pamiętam nadal ten kretyński telefon. Nadal mam drgawki na myśl tych okropnych słów… - Widząc, że Shinoda czeka na wyjaśnienia wróciła do tamtego dnia – Siedziałam spokojnie w domu, kilkanaście godzin po tym jak wyjechali do rodziców mojego męża. Wtedy zadzwonili z policji. Powiedzieli mi… - tu się zatrzymała by podnieść głowę do góry i by nie ukazać swoich łez – powiedzieli, że zdarzył się wypadek. Wielka kolizja na drodze, ciężarówka zboczyła z trasy i… - otarła delikatnie łzy i spojrzała na niego – One miały tylko dwa latka, tylko dwa… - Shinoda widząc łzy na jej policzkach spojrzał w pomieszczenie i nie mogąc wyjawić z siebie jakichkolwiek emocji przełknął ślinę. Tak jak ona czuł się pusto – Wtedy widziałam ich po raz ostatni, straciłam całą swoją rodzinę. Zamknęłam się w sobie, nawet chodziłam do jakiegoś psychologa, nie mogłam sobie poradzić ze stratą najbliższych mi osób. Od początku wydawało ci się, że jestem taka cięta, wesoła i bezproblemowa. Nie Mike, to nie prawda. Od tego czasu po prostu boję się nawiązywać kontaktów, bo boję się że przez przypadek może mnie ktoś zranić, że znowu zostanę sama…
- Dlaczego akurat ja? – Spytał zaciekawiony patrząc w jej trzęsące się usta. Otworzyła je i wahając się oznajmiła:
- Widzę go w tobie. Twoje oczy, zachowanie, charakter, poczucie humoru, determinacja… Gdy pierwszy raz ciebie zobaczyłam myślałam, że znowu mogę sobie nie poradzić, ale zaryzykowałam. Na początku sprawiało mi to lekki ból, dlatego zniknęłam. Rozmawiało mi się z tobą niesamowicie, ale tak naprawdę co chwilę mi go przypominałeś. To jest takie dziwne, rozpoznawać męża w obcym człowieku, ale urzekłeś mnie.
- Tyle czasu cię szukałem… - powiedział zahipnotyzowany.
- A teraz? Już coraz mniej patrzę na ciebie jak na Arthura, poznając cię bardziej widzę twojego prawdziwego ty. Tak łatwo jest oceniać osoby po zachowaniu, po tym co mówi, ale tak naprawdę to nie jest najważniejsze. Trzeba kogoś bliżej poznać, tak jak ja ciebie… - Zrobiła krótką przerwę nadal trzymając przy sobie dłoń Shinody powiedziała – Wyjechałam z tego miasta, zostawiłam przyjaciół… Tak, tylko przyjaciół, moi rodzice nawet nie zjawili się na moim ślubie. Rozwiedli się jak byłam jeszcze dzieckiem, z matką nie mam żadnego kontaktu, z ojcem szczerze mówiąc też, ale on czasem dzwoni. Ona sobie ułożyła z kimś życie, zresztą nie za bardzo mnie to obchodzi. Przyjeżdżając tu nie mogłam się odnaleźć, zatrudniłam się jako pielęgniarka, by zapomnieć o przeszłości i zamieszkałam w domku na obrzeżach miasta. Dużo się zmieniło w moim życiu, bardzo często do tego wracam, ale wiem, że nie mogę tego cofnąć – oznajmiła – Nikt nie wróci życia Arthurowi i moim aniołkom…
Shinoda widząc jak Lisa zaciska usta by nie wywołać u siebie zbytniego płaczu złapał za jej ramiona i przybliżył ją do siebie. Oparta o jego klatkę piersiową wydobyła z siebie jeszcze kilka łez po czym zamknęła oczy i bardziej złapała się za jego ramiona. Mike położył rękę na jej plecach i zaciągnął się zapachem jej intensywnych perfum. Poczuł dziwne uczucie w sercu, poczucie frustracji i pragnienia. Nie zrobił nic. Delektował się jedynie jej delikatnym dotykiem dłoni.

***

Ubrana w schludny strój kobieta przeszła przez progi wielkiego sklepu. Widząc rzędy rozłożonych wieszaków, a na nich grom wiszących ubrań przeraziła się trochę, ale nie myślała teraz o niczym innym tylko o tym by spotkać się z kierownikiem. Nie mogła powiedzieć, że podchodzi do tego z całkowitym luzem, bała się tego, że być może nie podoła swojemu nowemu zajęciu.
- Dzień dobry – przywitała się z pracownicą zza lady. Ta wstała i spojrzała na Emily – Czy mogę rozmawiać z kierownikiem?
- Ty jesteś ta nowa? – spytała całkiem śmiało wysoka kobieta.
- No tak jakby… - odpowiedziała jej i zobaczyła jak kobieta podaje jej dłoń.
- Diana – uśmiechnęła się blondynka – A kierownik jest na zapleczu – po tych słowach pokazała jej palcem na tajemnicze drzwi, a Emily pod nie podeszła rzucając jeszcze jeden wdzięczny uśmiech.
Stanęła naprzeciw niego i podała mu rękę. Mężczyzna odwzajemnił uścisk i objaśnił kobiecie o co tu tak naprawdę chodzi. Słuchała go jak tylko potrafiła, ale niekiedy bardzo intrygowało ją bardzo ciekawe pomieszczenie. Czuła coś dziwnego w powietrzu. Machnęła ręką o poszła razem z nowo poznanym mężczyzną by uzgodnić warunki umowy. Czas dłużył się i dłużył, ale odczuła to tylko siedząca kobieta.
- Pani Emily Deuce… - zaczął patrząc w jej brązowe oczy. Ta przytaknęła i spojrzała na to jak mężczyzna kreśli jej dane na specjalnej kartce papieru.
- Nie będzie się tu pani nudzić – powiedział bez emocji – Personel nie jest negatywnie nastawiony, czasem może zdarzyć się kilka komplikacji i trzeba mieć głowę na karku, ale to chyba normalne w każdym zawodzie, nieprawdaż? Na razie przyjmujemy panią na okres próbny, mam nadzieję że wszystko pójdzie tak jak i po pani tak jak i po naszej myśli – uśmiechnął się i podał kobiecie kartkę by mogła się na niej podpisać. Za złapała za długopis i zakreśliła swoje imię. Posłała jeszcze raz nieśmiały uśmiech mężczyźnie i wyszła razem z jej szefem do innego pomieszczenia. Stojąc obok stojaków, próbowała sobie uświadomić, że coś jej się udało. Była z siebie… dumna? Nie wie jak to ma określić, ale na pewno dominowały w jej myślach pozytywnie emocje.
- Cześć – rzucił zza sterty ubrań znany jej głos. Wzdrygnęła się i panicznie zaczęła szukać źródła tego dźwięku. Nagle go zobaczyła. Patrzył na Emily swoim łobuzerskim uśmieszkiem, tak jak wtedy gdy się poznali.
- Co ty tutaj robisz? – Zszokowana próbowała po raz kolejny znaleźć odpowiedź na ich ponowne przypadkowe spotkanie.
- Jestem w sklepie, tak jak ty, stoję na płytkach tej samej firmy – bynajmniej mam taką nadzieję – no i oddycham tym samym powietrzem.
Ta nie mając żadnej ochoty na żarty z jego strony szybko mu rzuciła:
- Możesz mi powiedzieć co robiłam dzisiaj w nocy…
- Oj weź przestań – przewrócił oczami – Nie chce mi się opowiadać jak się miziałaś z tym Benningtonem – odpowiedział jej z udawanym grymasem, a ta spojrzała na niego wkurzonym wzrokiem – Ale, możesz być bezpieczna, jak będziecie uprawiać seks to odwrócę swój wzrok, spokojnie. Nie lubię patrzeć na takie intymności.
Mając wielką ochotę przywalić swojemu oprawcy podeszła do niego i zamachnęła się ręką, lecz on był szybszy. Złapał ją w locie i przybliżył swoje usta do jej ucha:
- Dostałaś dzisiaj pracę, chcesz ją skończyć? Wiem, że nie uśmiechałoby ci się gdybyś już w pierwszym dniu wyleciała za pobicie swojego kolegi z pracy.
- Słucham? – Spytała bardziej zdezorientowana. Tod stanął naprzeciw niej i dumnie rozłożył pierś.
- Będziemy się po prostu częściej od dzisiaj spotykać – Ta zszokowana stanęła jak wryta i bez jakichkolwiek emocji ścisnęła dłonie. Trzymając w nich swoją złość i nienawiść nic na to nie odpowiedziała. – Oj, wiem, że od zawsze chciałaś ze mną pracować…
- Mężczyzna w sklepie odzieżowym? Mam się czegoś bać? – spytała po chwili.
- Nie no, nie jestem żadnym gejem, spokojnie. Tylko za bardzo cię polubiłem słoneczko – Uśmiechnął się do niej zadziornie, a ona odwróciła swój wzrok. Widząc jak unika kontaktu wzrokowego rzucił:
- Powiedz, że się cieszysz, bo zaraz przejdziemy do czegoś smutnego.
- Na pewno się cieszę, skaczę do sufitu, czekaj – rzuciła z sarkazmem, a ten złapał za jej zimną dłoń. Przeszedł z nią na koniec sklepu, a ta czując lekki ból w okolicach palców cicho jęknęła.
- Dobrze, że się cieszysz, a teraz wyjaśnij mi jedno, bo to pytanie nurtuje i mnie i moich kolegów – powiedział stanowczo – Czy ja nie wyraziłem się jasno z tymi listami? Naprawdę chcesz z nami zadrzeć?
Przerażona popatrzyła na zdenerwowanego mężczyznę. Bała się każdego jego ruchu i słowa.
- Ja je rzuciłam jeszcze przed tym jak cię poznałam, to było w sprawie mojej wcześniejszej rozprawy, nic po tym nie zrobiłam.
- Gliny i tak zaczynają coś węszyć – Odpowiedział jej stanowczo i mocniej złapał za jej dłoń.
- Puść… – powiedziała najciszej jak mogła i zmęczonymi oczami dodała – Czego ty ode mnie chcesz? Jestem w jakiejś głupiej pułapce, boję się, że coś się stanie…
- O siebie się nie martw – przerwał jej Tod.
- Puszczaj – powiedziała przez zęby jak ten zaczął wykręcać jej rękę. Jęknęła głośniej z bólu jak ścisnął ją jeszcze bardziej, ale nic nie powiedziała.
- Ja ci tylko radzę – zaczął zdenerwowany – Nie będę ci groził, że cię zabijemy czy coś, bo to nie ma sensu. Szlibyśmy po najniższej linii oporu – przybliżył się po raz kolejny do wystraszonej Emily i dodał – Po prostu nie chciałbym by świat stracił tak cenioną gwiazdę rocka.

***

Chester czując jak zimno telepie jego rękoma przykrył się czarną bluzą i popatrzył na siedzących obok towarzyszy. Widząc jak Brad bawi się pałeczkami obecnego tu Bourdona odwrócił wzrok i skupił go na leżącym obok piwie.
- Myślisz, że Joe będzie na tyle głupi i odwoła zaręczyny? – Spytał po chwili Robert – Wczoraj wieczorem wysłał mi wiadomość, że nie wie czy dobrze zrobił, znają się nie za długo, a już niby planują ślub.
- Za wcześnie, faktycznie – odpowiedział mu Bennington, ale szybko dodał – Ale on sam jest głupi, że tak w perfidny sposób dał się omamić chwili, niech teraz myśli.
- Mówisz tak lekko – powiedział zamyślony – Ciekawe co ty byś  zrobił…
- Na pewno bym myślał w takiej poważnej kwestii – odpowiedział mu z uśmiechem – No co jak co, ale on wtedy nie myślał za bardzo, alkohol mu nie sprzyja.
Zapadła cisza. Chester zaciągnął się zimnym powietrzem i popatrzył na Roberta, który w tym samym czasie wstał z kanapy.
- Wychodzisz? – Spytał Brad.
- Jestem umówiony – odpowiedział mu – Nie pytajcie z kim, bo i tak wam nie powiem.
- Ładna jakaś? – Podłapał jego słowa Chester i uśmiechnął się do perkusisty. Ten wywrócił oczami i z uśmiechem rzucił:
- Jak dla mnie… - po tych słowach udał się do drzwi – Jakby co, zadzwońcie do mnie jak będziecie robić próbę.
- Spokojnie, zawsze to robimy – powiedział do niego gitarzysta i rzucił mu krótkie cześć.
- Spędzasz dzisiaj z kimś wieczór? – Spytał Chestera.
- Raczej nie…
- A Emily? – Spytał.
- Albo spędza czas sama, albo poszła do brata. Zaprosili ją i jeszcze kilka osób, Nathan wyszedł ze szpitala.
- Nie zaprosili cię? – Spytał zaskoczony.
- Mnie? – Zaskoczony aż się uśmiechnął – Gości zapraszała Annabelle, więc albo zostałem pominięty, albo po prostu uznali, że to nie moje towarzystwo. A ja sam się nie lubię narzucać, zresztą wiesz – nie przepadam za rodzinnymi obiadkami.
Nagle ktoś wszedł do pomieszczenia. Słysząc lekki trzask wzdrygnęli się lekko i usłyszeli jej głos.
- Cześć chłopaki – rzuciła im i stanęła w progu – Ojej, coś was mało. Myślałam, że siedzicie tu całą ekipą – Zaśmiała się i oparła o ścianę.
- Jak nas tu znalazłaś? – Spytał zaskoczony Brad.
- No wiesz, nie było trudno – odpowiedziała im Marlene i usiadła na drewnianym krześle – Nie robicie jakiejś próby? Myślałam, że coś myślicie nad nowym krążkiem.
- Myśleć to myślimy, ale co nam to da jak się nie możemy zgarnąć w jedno miejsce? – Odpowiedział jej Bennington – Mike nam ciągle ucieka, Joe się zaręczył, a ja nie mam inspiracji…
- Wiesz, zawsze mogę być twoją inspiracją – rzuciła mu oczko, a ten ze śmiechem odwrócił wzrok – Nie no żartuję – powiedziała by załagodzić sytuację i dodała – No, a z tym naszym Joe to jak? Ślub się w końcu odbędzie czy jednak nie?
- Nie wiem, spytaj się go – powiedział jej Brad i usiadł obok Chestera.
- Wiecie co? – Zaczęła Marlene – Co powiecie o tym byśmy trochę zaszaleli?
- To znaczy? – Zdezorientowany Chester spojrzał na jej dziwne ruchy. Wzięła ręce do tyłu i powoli wyciągnęła z niej butelkę z alkoholem. Uśmiechnięta od ucha do ucha odkręciła korek i położyła butelkę na drewnianym stoliku, który leżał w kącie pokoju.
- Marlene, nie… - zaczął Bennington – Znowu chcesz zacząć pić? – Spytał teoretycznie.
- Nie piję nałogowo – Powiedziała mu zadziornie i usiadła obok ich – Kontroluję się, uwierzcie mi. To co było dawno to było dawno, teraz to jest namiastka tego co robiłam wcześniej.
- A jak wrócisz, to co zrobisz? Znowu zapiszesz się na terapię? – Spytał Brad.
- Ale wy jesteście do jasnej cholery sztywni! – powiedziała do nich – Jezu, nie gadajcie że nie lubicie wódki? Od czasu do czasu można się zabawić.
Chester popatrzył na nią i przyjmując do siebie jej argumenty podszedł pod butelkę z alkoholem. Wziął ją do ręki i trochę wypił, odstawiając ją na miejsce.
Ta rozłożyła się na kanapie i z wielkim uśmiechem przypatrywała się Benningtonowi. Tak, tylko tego potrzebowała. Głównie jego towarzystwa.

***

- Idziesz już? – Spytała się Marlene wychodzącego Brada. Ten kiwnął jej głową i wyciągnął ze swoich włosów resztki chipsów. Bez emocji przeczołgał się pod drzwi i oparł się o klamkę.
- Chłopie, ty nie jesteś w stanie stać, a co dopiero jechać do domu.
- Zamówię taksóweczkę… - odpowiedział mu i beknął na całe pomieszczenie. Kobieta trochę obrzydzona jego zachowaniem rzuciła mu wielkie cześć i położyła się na kanapie. Oceniła pomieszczenie w którym się znajdowała i zaczęła coś nucić pod nosem. Nagle usłyszała głośny śmiech. Wkurzona i zdezorientowana popatrzyła na Chestera, który siedział obok niej i bawił się stojącą gitarą.
- Nie śpiewaj… - powiedział do niej szczerze, a ta zdziwiona fuknęła:
- Będę śpiewać, nie moja wina, że ci się to nie podoba.
- Lepiej dla moich uszu jeśli przestaniesz – powiedział ze śmiechem i odłożył gitarę Brada. Obrażona spojrzała w jego stronę i czując wielką chęć rzucenia mu czegoś zgryźliwego zaczęła:
- Sam lepiej nie śpiewasz!
Ten popatrzył się na nią jak na idiotkę i usiadł obok niej. Ona wiedząc, że to co powiedziała było bezsensowne popatrzyła się na jego twarz i oparła się o jego ramię. Chester czując jak Marlene dotyka go swoimi włosami poczuł się dziwnie, ale nic nie zrobił. Nadal tkwił z nią w tej samej pozycji.
- Opowiedz mi o czymś – zachęcił ją Bennington, gdyż wiedział, że kobieta gdy wypije całkowicie się przed nim otwiera. Było to dosyć dziwne i egoistyczne, ale Chester też nie myślał w tej chwili. Był zdatny na łut szczęścia i nietrafiony temat, wiedział że po jakimś czasie, może robić tak samo jak ona.
- Podobasz mi się Chazzy… - powiedziała ze śmiechem, popatrzyła się i złapała ukradkiem za jego dłoń. Ten charakterystycznie chrząknął, ale nic nie zrobiła. Uśmiechnęła się i czując jak alkohol tumani jej umysł wybuchła rozhisteryzowanym śmiechem.
- Co ty widzisz w tej Emily? – Spytała po chwili biorąc do ust kolejny łyk wysokoprocentowego alkoholu.
- Dziwne pytanie – stwierdził.
- No odpowiadaj – powiedziała mu i dodała – A może w ogóle nic w niej nie widzisz.
- Przestań – Fuknął do niej i przejął butelkę. Upił wielki łyk po czym popatrzył na swoje dłonie. Coraz bardziej zaczęło mu się kręcić w głowie.
- No to tak – zaczęła wyliczać – Cycki ma fajne, ale uszy za bardzo jej odstają. Kolor włosów też taki jakiś dziwny. Nie jest za chuda, za gruba…
- Wiesz, że nie liczy się tylko wygląd co nie? – Spytał się jej Chester – W ogóle dziwnie mi plotkować o mojej dziewczynie, plotkowanie jest nie dla mnie.
- To poplotkujmy o mnie – zachęciła go kładąc swoją dłoń na jego udzie.
- To znaczy? – Spytał nic nie przejęty.
- Hmm…- Zamyśliła się sztucznie – Nie mam pojęcia. Może o tym, że bardzo mi ciebie brakowało przez ten cały wyjazd?
- Serio? – Zaskoczony oparł się o kanapę i dotknął dłońmi o stojącą obok butelkę. Marlene widząc jak Chester coraz bardziej się jej przygląda rzuciła ze śmiechem:
- Pij do dna, serio. Następnym razem ty stawiasz.
- A wiesz, że to jest już druga? – Spytał się coraz bardziej bliski zgonu.
Kobieta zrobiła dziwnie smutną minę i po tym wybuchła po raz kolejny śmiechem. Popatrzyła na swoje dłonie oraz na swoje paznokcie. Nie czując wewnątrz nic oprócz dziwnego pragnienia i podniecenia objęła Chestera i wrzasnęła:
- No dalej… - przybliżyła się do niego i złapała za jego tył głowy – Wiem Chester, że tego chcesz…
Ten otumaniony spojrzał na nią po raz kolejny i poczuł na sobie jej ciepły oddech przeplatany cichym śmiechem. Odsunął ją. Zaskoczona jego zachowaniem fuknęła coś pod nosem i usłyszała wyjaśnienia:
- Gdybyś nie pamiętała to jestem w związku – uśmiechnął się do niej.
- Jesteś pijany – powiedziała do niego i po raz kolejny przybliżyła się do jego ucha – Przecież wiesz, że ludziom po pijaku się wszystko wybacza…
- Czego ty oczekujesz? – Zaśmiał się jej prosto w oczy.
- Ciebie Chazz – powiedziała po cichu i przysunęła się w jego stronę – Tylko ciebie…
Po tych słowach Bennington poczuł jak kobieta lekko pocałowała jego policzek. Nie wiedząc co robić, poddał się. Marlene widząc, jak Chesterowi jest wszystko obojętne przybliżyła się bardziej do jego ust i zaczęła namiętnie na niego napierać. Powolne pocałunki z jej strony zaczęły zmieniać się w coś burzliwego.
Nagle stało się coś czego kobieta się nie spodziewała.
Chester wstał i z całej siły położył kobietę na wznak i sam bez jakichkolwiek emocji ją pocałował. Tkwili tak przez pewien czas dopóki kobieta nie zaczęła odpinać jego koszuli. Wzdrygnął się przez chwilę, ale nic nie powiedział.
Kierowała nim chwila.
Odsunął się od niej po jakimś czasie, gdy jego górna część garderoby leżała już daleko od niego i dotknął jej bluzki. Ona uśmiechnęła się i rzuciła:
- No, na co czekasz
Po tych słowach podciągnął jej koszulkę do góry, a ta mu pomogła ją całkowicie ściągnąć.
Nie czuł nic, nie był świadomy jak alkohol zaczął wyżerać jego umysł oraz świadomość. Liczyła się tylko ta chwila, to głupie pragnienie, którego w tej chwili potrzebował.



Nie wiedziałam na jakie zdjęcie się zdecydować więc wstawiłam to z koncertu z Wrocławia :)
No co ja więcej powiem?
Wena mnie opuszcza, moja historia to chyba coraz większa patologia. Namieszałam tak pod koniec, no ale przepraszam, znudziło mi się pisanie sielankowego życia Emily i Chestera, musiałam coś takiego dodać :)
Tak w ogóle przepraszam, że moje rozdziały są dodawane w przedziale 3-4 tygodni, ale nie mam czasu, nie wiem czy to się zmieni, postaram się spinać tyłek, ale czasem to nie ode mnie zależne.
No to zapraszam do komentowania :) 

6 komentarzy:

  1. Chester, dlaczego? Przecież był tak pięknie. Boję się o Emily :( Jak Cię xSurvivesx spotkam to uduszę za tego Chaz'a. Rozdział super. Weny :3

    OdpowiedzUsuń
  2. Jestem ciekawa jaka będzie decyzja Joe. ._.
    Co ten Chester robi? Coś czuję, że to skomplikuje sprawy. Kurde no. Jak czytałam ten fragment to mówiłam pod nosem ,, Chester ty idioto, nie rób tego''.
    Nie wiem dlaczego, ale zawsze wszystko przeżywam czytając Twoje rozdziały.
    No nic. Czekam na następny i życzę weny Kochana. <3

    OdpowiedzUsuń
  3. Marlene wkurzała mnie od początku, w ogóle przeczytałam dzisiaj kilka rozdziałów na różnych blogach i wszędzie Chester zdradza. Kurde, robimy z niego złego faceta. Marlene idź sobie stąd, nikt cię tu nie chce, a ty Chaz trzymaj rozporek zamknięty. Chociaż i tak podejrzewam, że będzie inaczej. Pytanie, czy Emily ich nakryje, czy jednak stanie się to co zaczęło.
    Joe zwątpił? Kurde, niedobrze.
    W ogóle:
    '– Musiałem coś zrobić.
    - Nie chcę wiedzieć co'
    Parsknęłam śmiechem czytając te zdania, moja wyobraźnia jest zboczona xD
    Tod mnie niepokoi, pracować z kimś takim to będzie dla E. problem.
    Weny kochana i pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  4. - Dave, powiedz mi jeszcze raz – zaczął skacowany Koreańczyk. On odwrócił się w jego stronę i ze zrezygnowaną miną po raz kolejny zaczął słuchać pytania kolegi – Czy ja naprawdę oświadczyłem się Tiffany?

    Hahahaha...
    Nie ma to jak impreza, po której pamięta się tylko jedną z dziesięciu akcji:)
    Początek mnie na prawdę rozśmieszył - a ja potrzebuję dużo do uśmiechu.
    Naczekałam się na kolejny rozdział, ale było warto.
    Skoro mówisz, że wena cię opuszcza to nie pozostaje mi nic innego jak życzyć Ci bardzo, ale to bardzo dużo pomysłów oraz odrobinę czasu:)
    Pozdrawiam, Lilith.

    OdpowiedzUsuń
  5. Jestem! Przepraszam, że znowu tak późno... Czas przesypuje mi się przez palce, dni uciekają, masakra.
    No ale nie chcę smęcić o swoim lenistwie. Przyszłam tu, żeby wreszcie zostawić po sobie jakiś ślad. Zaczynam:
    ALE KURNA NAMIESZAŁAŚ. JAKA PATOLOGIA, JEZU.
    Na początkuJessika i Mike. Ich okropny związek. Potem zdrada Scotta. Sprawa z Emily. Aborcja. Kłamstwa Jess. Rozprawa. Tod. Teraz zdrada.
    Kurczę. Czego Ty jeszcze dziewczyno nie miałaś na tym blogu!? Przypominam sobie też pobicie. O, i jeszcze jak Emily wjechała w Michaela w pierwszym rozdziale. Same traumy.
    Pijaństwo było. Dziwne imprezy. Wypadki samochodowe. Choroby. Nie jestem pewna, ale dragi chyba też
    A jeśli ich nie było, to prawdopodobnie będą! O! Już znam Twój następny cel! Chaz będzie ćpać!
    A tak serio to błagam, nie gmatwaj tak tego opowiadania, bo zrobi się coś na kształt "Mody na Sukces" i już nie będzie tak fajnie.
    Mówiąc szczerze, to nawet nie wyobrażam sobie tego, że historia Chestera i Emily się kiedykolwiek skończy. Bo chyba zawsze znajdziesz jakiś traumatyczny/depresyjny temat i porozwijasz te wszystkie wątki jak papier rumiankowy "Regina" i jakoś to się będzie toczyło i toczyło...
    A ja będę komentować tego bloga do zasranej śmierci. No pięknie. Rozgryzłam Cię, hehe.
    No dobrze, ale ja się rozpisuję o fabule (bo jest tak skomplikowana, że nie sposób tego nie zrobić) a słowem nie wspomnę ani o bohaterach, ani o Twoim stylu, ani o niczym. Ech.
    No to po pierwsze:
    Kochana Autorko. Jako prawdopodobnie jedyna osoba, która przebrnęła przez ten rozdział muszę oznajmić, że kocham Marlene.
    Mówię poważnie. Ta to ma charakter! Nienawidzę takich ludzi jak ona całym sercem, ale... ale ta kobitka mnie uwiodła. Cała ta ostatnia scena, w której brała udział była nieporadnie i nieładnie opisana, co dało mi początkowe wrażenie, że Marlene to zwykła szmata. Ale potem pomyślałam, rozważyłam, jak strasznie wkurza mnie tutaj Panienka Deuce, wyobraziłam sobie to zajście i stwierdzam, że bardzo dobrze Marlene zrobiła. Niech zabierze Chestera Emily. Nie lubię jej. Chociaż wtedy cała ta fabuła i pierdyliard skomplikowanych rozdziałów straciłoby sens.
    Hm. Trudna sprawa. Czuję się zawieszona między operą mydlaną, a dziwacznie i niespodziewanie zakończonym opowiadaniem.
    To głupie uczucie ._.
    W ogóle nie wiem czego się spodziewać. A nuż Ci odwali i wymordujesz połowę bohaterów.
    Całkiem to możliwe.
    No dobrze. Teraz postaci:
    a)Kiedyś lubiłam Lisę. A teraz jakoś mi zbrzydła.
    b)Kiedyś nienawidziłam Emily i dalej jej nienawidzę.
    c)Kiedyś lubiłam Mike'a a teraz jest do dupy.
    d)Kiedyś Chaz był głupkiem, a teraz chyba go polubiłam.
    e)Marlene była dziwkarską jędzą. Na ten moment ją ubóstwiam.
    To tyle jeśli chodzi o bohaterów. Chociaż nie. Jeszcze Tod. Ten to ma nierówno pod sufitem, jprdl.
    Chory facet. Chyba z mafii. Mafi, które chce zgarnąć Chaza, bo nie zapłacił za działkę, którą kupił u Ojca Chrzestnego po tym, jak Emily nakryła go z Marlene.

    Ka booom!
    Widzisz!? Rozpracowałam to. Znam Twe plany. Mafia, Chazy, dragi i listy z pogróżkami... och.
    Patologia, Jezu XD
    Chyba powinnam się zbierać. Tak. Już czas.
    Żegnam się, życzę pomysłów (nie takich traumatycznych) i fajnych wakacji. Pa! :D

    (A tak w ogóle to u mnie niedawno pojawiła się 4, także zapraszam)

    OdpowiedzUsuń
  6. No w końcu zabrałam się za ten rozdział, bo czasu nie mogłam znaleźć żeby go przeczytać. '' i po raz kolejny spróbował zetrzeć „coś” co było na jego bladzie. '' Albo mi się wydaję, albo zamiast ''bladzie '' powinno być ''Blacie''.
    Albo mi się wydaję, albo Chester sprawia niezadowolonego w tym rozdziale. Emily jest pełna radości, jest szczęśliwa a on taki nijaki. Nie wiem czy to sprawka alkoholu, czy mi się wydaję.
    Kurde ale ten Mike ma pomysły, na cholerę szukać tej wariatki. Powinien się cieszyć wolnością, a Jessica się nie przejmować. Jeszcze znowu wpląta się w jakieś problemy..;q Mike ma po prostu za dobre serce :q
    Kurde historia Rudowłosej na prawdę ciekawa, i smutna. Na początku wydawała się taka dowcipna, pełna energii nie powiedziałabym wcale, że potocz się to tak, że ta kobieta przeżyła tak ogromny ból. Mike natrafił na cudowną kobietę, oby coś wyszło z ich przyjaźni, jak to oni uznali.
    ''Za złapała za długopis'' Chyba to ''za'' na początku zdania jest tam zbędne. Emily w końcu dostała pracę, no i zaintrygowałaś mnie tym, że będzie pracować z tym tajemniczym gościem, Todem :D
    Przeczuwałam że coś się stanie, Chester był taki dziwny w tym rozdziale. Wiedziałam, czułam że tej Marlene nie można ufać! ;l Wredne babsko ;l Marlene to panienka na raz do łóżka, a Emily to coś na dłuższą metę, Chester to idiota jeśli lata za cip****. ;l Emily mu tego nie wybaczy :q
    Co tam gadasz, im więcej mieszasz tym ciekawsza historia się robi :D Dobrze, że wymyśliłaś zdradę ze strony Chestera, co nie znaczy że nie jestem zła na niego xd Faktycznie to życie pomiędzy Emily a Chesterem robiło się troszkę nudne, trzeba było namieszać.
    /Kuroichi

    OdpowiedzUsuń