niedziela, 11 stycznia 2015

Liebster Award

"Nominacja do Liebster Blog Award jest otrzymywana od innego blogera w ramach uznania za "dobrze wykonaną robotę". Jest przyznawana dla blogów o mniejszej liczbie obserwatorów więc daje możliwość ich rozpowszechnienia. Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osoby, która Cię nominowała. Następnie Ty nominujesz 11 osób (informujesz ich o tym) oraz zadajesz im 11 pytań. Nie wolno nominować bloga, który Cię nominował."

No cóż, pierwszy raz bawię się w takie coś, ale jak mam chwilę czasu to mogę odpowiedzieć na wasze pytania. Dziękuję wszystkim za nominację, teraz nie będę miała praktycznie nikogo, kogo mogłabym nominować ;)

Pytania Ulix:

1. Ile masz lat?
- 15 marca tego roku skończę już 17.

2. Czy pisałaś dla siebie zanim założyłaś bloga? Jeśli tak, to ile (czasu)?
- Pisałam, ale to było taka bardziej indywidualna sprawa. Chciałam założyć jedno opowiadanie, ale moje doświadczenie było zerowe, a tak w ogóle pisanie tego skończyłam po jakimś tygodniu.

3. Jesteś pesymistką, realistką, czy optymistką?
- Szczerze? To chyba na pograniczu realizmu i pesymizmu, niestety.

4. Ile książek (około) przeczytałaś w ubiegłym roku?
- Dokładnie nie pamiętam, ale około 10-15 będzie.

5. Gdyby powstał zwiastun do filmu na podstawie Twojego bloga, jaka piosenka by się w nim znalazła?
- Sama nie wiem. Tytuł mojego bloga sugeruje 'Waiting For The End', ale jeszcze zastanawiałabym się nad 'Keys to The Kingdom" Linkin Park oraz "Would You Fight For My Love?" Jacka White'a. Załóżmy, że wybrałabym te dwie :)

6. Czy Twoja rodzina odczuwa jakoś Twoją pasję w postaci pisania?

- Zacznijmy od tego, że moja rodzina nie wie, że coś w ogóle piszę :D A jakby wiedziała chciałaby to przeczytać, a ja po prostu nie chcę się z nimi tym dzielić. Smutne, ale prawdziwe.

7. Co Ci się najbardziej podoba w Twoim blogu?
- Chyba wykreowane postacie. Każda ma swój unikatowy charakter, każda ma swoje zadanie do spełnienia.

8. Masz zamiar powiązać swoją przyszłość z pisaniem?
- Kiedyś nad tym myślałam, a teraz? Teraz po prostu staram się nie żyć przeszłością. Ale fakt, bardzo chciałabym wydać książkę.

9. Czy w Twoim opowiadaniu istnieje bohaterka inspirowana Tobą? Jeśli tak, to która to?
- Istnieje, nawet bardzo. Jest to główna bohaterka. Emily jest praktycznie podoba do mnie, nie taka sama, ale podobna. Bardzo ufna, czasem nawet za bardzo naiwna. Zbyt często się załamuje, a gdy dochodzi do jakiejś bardzo wielkiej katastrofy zdarza się, że nie daje sobie ze sobą rady. Potrzebuje miłości, której mało w życiu doświadczyła, a jeśli doświadczyła to przez krótki okres czasu. Jeśli ktoś zrani ją raz, pamięta to długo, chociaż tak naprawdę w sercu czuje co innego. Prawie tak samo jak ja.

10. Zakładając bloga, miałaś co do niego takie oczekiwania, jakie spełnił, czy pozostawia po sobie niedosyt?
- Oczywiście zawsze jest jakieś ale. Zdradzę, że w ogóle historia miała się skończyć na gwałcie i rozprawie sądowej. Ale wtedy uświadomiłam sobie, że czuję niedosyt, że to jest za mało i że chcę ciągnąć historię dalej. Fakt, nie podoba mi się swój styl pisania na samym początku, uważam, że tutaj sporo się rozwinęłam. Niedosyt stanowią niedokończone historię, które chciałam rozwinąć, ale nie wszystko się da.

11. Siedzisz dużo nad pisaniem (poprawki, korekta, czytanie własnych rozdziałów), czy wstawiając rozdział jesteś na tyle zmęczona, że nawet nie zwracasz na niego uwagi?
- Zdarza się, że rozdział dodam bez korekty, jeśli już naprawdę nie mam wystarczających sił by go sprawdzać. Tak zdarzyło się może 4 razy. Ale staram się zawsze sprawdzać, co napisałam. Zawsze wykryję jeszcze jakiś błąd, niedomówienie albo źle sklejone zdanie.


Pytania Kiara LP:
1. Skąd czerpiesz inspiracje na pisanie?
- Ze swojego życia i z książek, które często czytam.
 
2. Jaki jest twój ulubiony film?
- Czarny Łabędź. Idealne ukazane cierpienie, dążenie do doskonałości, psychodeliczna wersja samego siebie. Naprawdę polecam.
 
3. Jak wyobrażasz sobie przyszłość?
- Staram się o niej nie myśleć. Planuję zdać maturę i dostać się na dobre studia. Na razie do tego dążę. 

4.  Jaki jest twój ulubiony aktor/aktorka?
- Jennifer Lawrence, Bradley Cooper, Krysten Ritter, a ostatnio zwróciłam uwagę na grę aktorką Jack'a Nicholsona.
 
5. Jaki jest twój ulubiony gatunek muzyczny?
- Jeden ulubiony? Ciężko będzie wybrać jeden. Zdecydowanie rock, ale rock ma też swoje rozgałęzienia. Chętnie posłucham też metalu, alternatywnego rocka, indie rock'a... 

6. Jaki jest twój ulubiony  wokalista/piosenkarz wokalistka/piosekarka?
- Lana Del Rey, Chester Bennington z Linkin Park, Alex Turner z Arctic Monkeys, Till Lindenamm z Rammstein oraz mogę podać jeszcze Harry'ego McVeigh'a z White Lies i Lorde. To tacy ulubieni, wybacz nie potrafię podać jednego :)

7.  Jaka piosenka pomaga Ci w trudnych chwilach?
- From The Inside. Zdecydowanie.
 
8. Jakbyś opisla/opisal siebie?
- Jeśli chodzi o charakter to jestem naprawdę bardzo dziwną osobą. Zbyt wrażliwa, czasem przejmuję się zwykłymi duperelami, bardzo często myślę nad tym co było i często się załamuję. Zbyt naiwna i zbyt ufna. Trzymam się teraz na dystans do ludzi, bo było wiele sytuacji gdzie nawet najbardziej zaufane osoby, odwracały się ode mnie. Do swoich zalet zaliczam to, że nie potrafię patrzeć na ludzkie cierpienie. Staram się pomagać innym w nawet najgorszych sytuacjach, bo wiem jak się ktoś może czuć jak jest sam. Teraz się bardzo otworzyłam, uwielbiam nawiązywać znajomości i spotykać się z ludźmi. Nie lubię samotności, w niej wariuję. Ale jeszcze bardziej wariuję jak wokół mnie jest cisza. Moją jedyną miłością jest muzyka, bo to ona jako jedyna pomaga mi w tym życiu. 
 
9. Jak oceniasz dzisiejszy popęt życia?
- Popęd do życia? Chyba nie za bardzo rozumiem pytania, wybacz.

10. Jak radzisz sobie ze stresem?
- Rysuję i słucham muzyki. 
 
11. Kogo uważasz za autorytet do naśladowania?
- Moim autorytetem zawsze był Chester. To on nauczył mnie tego, że nawet z najgorszego gówna można wyjść, należy się tylko nie załamywać i dać sobie kolejną szansę.
 
 
Pytania od Pani Ciemności:
1. Jak masz na imię?
- Karolina
 
2. Czym się interesujesz?
- Muzyką, sztuką.
 
3. Kim jest Twój największy idol?
- Największy? To chyba Chester Bennington, ukrywać tego nie będę ;)
 
 
4. Jakie masz plany na przyszłość?
- Odpowiadałam tam wyżej na podobne pytanie ;) Chcę zdać maturę i pojechać na dobre studia, później się zobacz.  

5. Twoja ulubiona książka?
- "Lśnienie" Shephena Kinga.
 
6. Lubisz zwierzęta? A jeśli tak, to jakie?
- Uwielbiam! Praktycznie wszystkie. Sama mam w domu psa i świnkę morską, ale moim umiłowaniem zawsze były ptaki. Gdy byłam mała postanowiłam, że gdy dorosnę kupię sobie papugę. No cóż, może się kiedyś uda :)

7. Jeśli mógłbyś/mogłabyś wyjechać, to gdzie byś pojechał/pojechała?
- Japonia!
 
8. Twój ulubiony zespół?
- Linkin Park! Kto by się spodziewał, co nie? :)
 
9. Czy masz taką piosenkę, która wyraża cię najlepiej? A jeśli tak, to jaką?
- Jest kilka. "Numb" Linkin Park i "Remember Everything" 5FDP.
 
10. Jakie jest Twoje motto życiowe?
- "Life Fast, Die Young, Be Wild And Have Fun". 
 
11. Co jest twoim największym marzeniem?
- Takie dziwne marzenie, ale chciałabym spotkać Chestera i po prostu się do niego przytulić. Tak po prostu. Albo nie! Chciałabym spędzić z nim dzień. Nawet byle jak, ale żeby spędzić.
Ale to takie nierealne. 
Jeśli chodzi o realne, to chciałabym wyjść z depresji jaką mam. Tyle mi wystarczy. 

 
Moje pytania:
1.Opisz siebie w trzech słowach.
2. Byłeś ja jakiś koncertach w swoim życiu? Jeśli tak to na jakich?
3. Akceptujesz siebie takim jakim jesteś?
4. Na jakim filmie ostatnio byłeś w kinie?
5. Jakich gatunków muzycznych słuchasz?
6. Jesteś osobą, która jak pojawi się problem ucieka od niego czy z nim walczy?
7. Bardzo inspirujesz się swoim życiem w swoim blogu?
8. Jakie jest twoje najpiękniejsze wspomnienie?
9. Czy uważasz, że jesteś wolnym człowiekiem?
10. Na co bardziej zwracasz uwagę? Na tekst piosenki czy na jej brzmienie?
11. Masz okazję spotkać swojego idola. Możesz powiedzieć do niego tylko jedno zdanie. Jak ono by brzmiało?

Nominuję:
http://opowiadanialinkinpark2.blogspot.com/
http://out-there-in-the-silence.blogspot.com/
http://my-own-paranoia.blogspot.com/

Tak mało nominuję osób, ponieważ muszę się przyznać nie czytam ich zbyt dużo. A jak czytam, to te blogi już nominowały mnie ;)

piątek, 9 stycznia 2015

Rozdział LVII



Wzdrygnęła się.
Otwarła lekko oczy i spojrzała w górę. To nie było niebo, to nie było to samo błękitne niebo na które patrzyła… ileś tam czasu temu. Patrzyła na coś białego, nawet można było powiedzieć, że to było śnieżnobiałe. Zaczęło się jej kręcić w głowie.
Umarła?
Bardzo możliwe, nie czuła rąk, nie czuła nóg, a jej oczy były wciąż ospałe. Nie wiedziała gdzie była, ale czuła się okropnie i tak pewnie też wyglądała.
Nagle poczuła, że coś ciąży na jej ręce. Czyli jednak nie straciła do końca wszystkich zmysłów jak się jej wydawało. Przekręciła lekko głowę tam gdzie powinna znajdować się jej ręka i nagle zobaczyła, że na niej ktoś trzyma swoją dłoń. Była jej znana, rozpoznawała te długie palce, jasną cerę…
Przestraszona popatrzyła na osobę do której należała.
Tak, nie myliła się.
Odciągnęła ją lekko od siebie i schowała w swojej drugiej, co spowodowało, że mężczyzna obudził się z długiego transu i spojrzał na leżącą kobietę. Zaskoczony jej poprawą stanu zdrowia uśmiechnął się lekko i dotknął delikatnie jej ramienia. Nie chciał nic mówić, najważniejsze było to, że po kilku dniach znowu spojrzała na swoje oczy i nadal jest z nimi.
- Co ty tu robisz? – Spytała przestraszona przypominając sobie zdarzenia z ostatnich kilku dni. Coś jej nie pasowało. Była w jakimś nieprzyjemnym pomieszczeniu, gdzie szafki i krzesła były ułożone w taki sposób, że robiły tylko mętlik w głowie, a światło dochodzące z nieprzyjemnego żyrandolu oślepiało ją, ale pewnie musiała się do niego przyzwyczaić.
- Nic nie mów – uspokoił ją pocierając dłonią o jej zabandażowaną część ciała – Jesteś słaba i musisz odpocząć.
- Co chcesz mi zrobić? – Zaczęła niczego nieświadoma. Pamięta jeszcze jego dłonie na swojej szyi jak ją dusił, jak ciągnął za włosy, rozdarł koszulkę. Pamięta wszystko ze wszystkimi szczegółami jak błagała go o pomoc, a ten ją tylko zignorował. Nie potrafiła tego zrozumieć, dlaczego po raz kolejny musi przychodzić przez to samo – Jeśli chcesz mnie zabić to zrób to szybko – dodała całkiem bez siły z niewielkimi łzami w oczach.
- Co ty bredzisz – Zaczął zdezorientowany – Jesteś tutaj całkiem bezpieczna, nikt ci nic nie zrobi, a zwłaszcza ja. Emily…
- Idź stąd… - odparła – Ty kłamco.
Przerażony jej zachowaniem odsunął od niej swoją rękę i przez pryzmat oślepiającego ją światła spojrzał w jej oczy. Czyżby straciła pamięć albo pomyliła go z kimś innym?
- Kochanie, to ja. Chester – zaczął coraz bardziej zdezorientowany – Nie poznajesz mnie?
- Poznaję, dlatego chcę byś się stąd wyniósł i więcej na mnie nie patrzył – rzuciła praktycznie bezsilna.
Zaskoczony wstał lekko i spojrzał na nią z góry. Wyglądała na całkiem świadomą, ale on nie był lekarzem i nie mógł tego stwierdzić nieomylnie. Dotknął jej dłoni po raz kolejny, a ta z wielką siłą ją odsunęła. Nagle wrzasnęła. Przestraszona odsunął się od kobiety i nie będąc niczego już pewien usłyszał jak ktoś wchodzi do tego pomieszczenia. Kilka lekarzy przyglądało się przestraszonej kobiecie i zaskoczonemu mężczyźnie, który za wszelką cenę chciał zahamować ataki paniki leżącej ukochanej.
Nic nie układało się w całość.
Wzrok lekarzy przeszedł po jego całym ciele. Wzdrygnął się, wiedział, że będzie miał kłopoty za coś czego nawet nie miał w zamiarze zrobić.
- Co się tu dzieje? – Spytał po chwili lekarz podchodząc do Emily.
- Ja nie wiem, ja…
- Ja nie chcę go widzieć! – krzyknęła przerywając jego wypowiedź – Nienawidzę go, dlaczego go tu wpuściliście?! – wrzasnęła po chwili, ale ręka mężczyzny kazała się jej uciszyć – Dlaczego znowu mnie torturujecie? Dlaczego?!
- Ale proszę pani, niech pani…
- Kim jesteś?! Błagam was, zabijcie mnie. Nie chcę niczego innego jak tylko tego byście mnie zabili! – wstała ze swojego łóżka, ale mężczyźni w białych kitlach za wszelką cenę trzymali ją za ręce – Gdzie Tod? Co mu zrobiliście?!
- Niech się pani uspokoi, nic pani nie grozi to…
- Gdzie on jest?! – wrzasnęła po raz kolejny wyrywając się lekarzom. Spojrzała praktycznie półnaga na zaskoczonego Chestera i posłała mu wściekłe spojrzenie – Ty zdrajco! Trzymałeś z nimi i nadal trzymasz. Myślisz, że nie pamiętam tego wszystkiego?! – krzyknęła i podeszła pod Benningtona wręcz się na niego rzucając – Ufałam ci, ty kłamco. Ufałam!
Nagle po chwili kobieta jak długa runęła przed siebie. Jedynie lekarz stojący obok złapał w locie rozhisteryzowaną kobietę i spojrzał w jej zamknięte powieki.
- Nic jej nie będzie – uśmiechnął się lekko wprost do Benningtona – Miejmy nadzieję, że to tylko taka jednorazowe zachowanie z jej strony. Jak nie… - zatrzymał się chwilę i miał to dokończyć, ale zrezygnował. Położył kobietę znowu do łóżka i podpiął do aparatury.
Chester stał oniemiały. Czy to wszystko co przed chwilą się zdarzyło było prawdą?
Przełknął głośno ślinę. Usłyszał tylko to, że najlepiej będzie jak opuści to pomieszczenie i pojedzie do domu, bo i tak się na nic nie przyda tylko może jeszcze bardziej rozdrażnić kobietę. Ale on starał się tego nie słuchać. Wracał tylko do tego co przed chwilą się stało.
Czy Emily całkowicie zwariowała?

***

Siedział w ciszy przez pewien czas. Raz na jakiś czas patrzył przed siebie by spojrzeć na osoby przechodzące obok niego, ale i tak nie zwracał na nikogo większej uwagi.
Ciągle o tym myślał.
Ciągle myślał o niej.
Dlaczego tak zareagowała? Lekarze twierdzą, że zachowanie prawdopodobniej spowodowane jest zbyt dużą traumą, która objawiła się po takim czasie niewoli. Przyjechała tu całkiem odwodniona, całkiem zagłodzona oraz zraniona. Lekarze twierdzą, że i tak jest całkiem silna, gdyż niektórzy nie potrafili by tego w pełni przeżyć. Gdy przekroczyła próg tego szpitala jej ciało było całe w ranach, smugi zaschniętej krwi praktycznie zakrywały całą powierzchnię jej bladej skóry, a jej świadomość była całkowicie zerowa.
Znaleźli ją w lesie. Leżała w jakimś dołku cała  przykryta wielką i ciężką gałęzią, która najprawdopodobniej spadła na nią po tym jak ona tam się skryła. Była nieprzytomna, nie reagowała nic, lekarze na początku myśleli, że będzie za późno ją odratować, jednak po jakimś czasie udało się wykryć minimalne oddychanie. Wielkim sukcesem okazało się przywrócenie ją do normalnego oddychania, już po kilku godzinach potrafiła sama w pełni zaczerpnąć świeżego powietrza. Oprócz wielu, wielu siniaków oraz ran lekarze nie zdiagnozowali nic ciężkiego, jedynie problem był ze zmasakrowanym policzkiem, który od strony jamy ustnej był bardzo, a nawet zbyt bardzo porozcinany.
A sam Chester dziękował Bogu, że odniosła tylko takie obrażenia. Fakt, sam był przetrzymywany, ale na kilku szwach się skończyło i tyle. Już po dniu potrafił spokojnie funkcjonować i być w pełni świadomy tego co się stało.
Pewnie gdyby nie zadzwonił z tej przestarzałej chatki sprawa potoczyłaby się inaczej. Będąc w niej był skazany na bezlitosne czekanie. Każda minuta mogła być jej ostatnią, a co się z tym wiąże i jego.
A teraz?
Teraz siedzi przed jej salą, patrzy przez szybę na jej obtoczone kablami ciało i uśmiecha się w duchu, że ona żyje.
- Byłeś choć na chwilę w domu? – Głos wyrwał go z długiego transu. Popatrzył na twarz swojego przyjaciela, który stanął przed nim i próbował zmusić go do jakiejkolwiek czynności – To, że siedzisz ciągle przy niej nie sprawi, że ona szybciej wyzdrowieje, a sprawi, że ty szybciej na coś zachorujesz. Kiedy jadłeś?
- Wtedy kiedy było mi to potrzebne – odpowiedział Shinodzie i ponownie splótł swoje dłonie.
- Czyli kiedy? Kilka godzin temu? A może wczoraj? – Pytanie bardziej przypominało zarzut z jego strony – Emily żyje, ale ty też żyj dla niej. Proszę – popatrzył na niego – Jedź do domu, ogarnij się, weź prysznic, prześpij się i coś zjedz. Mam ci nadal ustalać listę?
- Nie wiesz jak to jest, jej stan może się w każdej chwili pogorszyć…
- Ale ty nic z tym nie zrobisz – rzucił – Nic nie zapowiada tego by było gorzej, ale jeśli coś będzie nie tak to zadzwonię, obiecuję.
Uśmiechnął się lekko i spojrzał na zdezorientowanego Benningtona. Po dłuższej chwili jednak wstał i skierował się do wyjścia, jeszcze raz oglądając się za siebie. Rzucił tylko zwykłe cześć i zniknął za drzwiami. Nagle Shinoda krzyknął:
- Chester!
Gdy mężczyzna odwrócił się w jego stronę spytał:
- Emily jest przytomna?         
- Jest… - odpowiedział z wielkim bólem – Tylko ja nie mogę się z nią spotkać.
- A ja…?
- Nie wiem jak na ciebie zareaguje – odparł – Próbuj. Jak nie to najwyżej wypieprzą cię z tego szpitala na zbity ryj.
- A wpuszczą mnie tam?
- Jeśli wpuścili tu, to wpuszczą tam.
Nie pytał już nic. Spojrzał przez szybkę na swoją znajomą i przez chwilę się wahając otworzył wielkie drzwi. Cicho przeszedł przez długie pomieszczenie i usiadł na stołku obok. Uśmiechnął się mimowolnie do jej nie reagującej twarzy i złapał za jej nadgarstek. Szwy, wszędzie szwy. Spojrzał na zabandażowane ramiona i nie mogąc sobie wyobrazić w jakim one naprawdę są stanie odepchnął myśli dotyczące jej cierpienia.
Dlaczego akurat ona?
Pewnie nie tylko on zadawał sobie takie pytanie i pewnie nie tylko on nie potrafił na nie odpowiedzieć. Będąc tutaj obok niej dopiero teraz widzi jak naprawdę potrafi być silną kobietą. Z jednej strony się jej nie dziwi, do bólu można się przyzwyczaić, ale nie częściowo. Teraz minie sporo czasu zanim da sobie z tym wszystkim radę i poukłada wszystko w głowie. A być może tego czasu jej zabraknie.
- Emily… - Uśmiechnął się łapiąc za jej dłoń i spojrzał na jej wygasłe tęczówki – Mam nadzieję, że mnie rozpoznajesz.
Kiwnęła głową tyle na ile miała sił i delikatnie przymknęła powieki. Shinoda widząc, że kobieta jest na tyle wyczerpana by nawet na niego nie spojrzeć nie oczekiwał od niej odpowiedzi.
- Wiesz, że jesteś niesamowita? – Zaczął próbując odnaleźć jej wzrok – Nigdy jeszcze nie spotkałem tak silnej i trwałej osoby jak ty. I jestem pewien, że wszystko będzie dobrze. Masz mnie, Chestera…
- On chciał mnie zabić – syknęła przez zęby – Dusił mnie, rozdarł moje ubranie, pewnie wykorzystał jak straciłam przytomność jak mnie czymś uderzył w głowę…
Te słowa wywołały u niego niezłe zaskoczenie. Spojrzał na nią i wtedy uświadomił sobie, że nie wie tak naprawdę co tu jest prawdą.
- Co ty wygadujesz? – Spytał nadal niedowierzając – Emily, jesteś śpiąca, może ja już pójdę i…
- Nie zmyślam! – krzyknęła bezsilnie – Nie zmyślam! Dlaczego mi nikt do jasnej cholery nie wierzy? Wszyscy myślą, że jest taki święty, że troszczy się o wszystkim, że ma złote serce! – wrzasnęła z lecącymi łzami po policzkach – Nikt mi nie uwierzy, nawet ty Mike…
- Chester jest tak w tobie zakochany, że on o mało nie odebrał sobie życia jak się rozstaliście. To co ty mówisz jest jakąś pomyłką!
- Moje życie jest jedną wielką pomyłką! – krzyknęła – Jedną. Wielką. Pomyłką! – Wypowiedziała każde z tych słów oddzielnie tak by doskonale je usłyszał – Mogłam już leżeć trzy metry pod ziemią. Dlaczego jeszcze tu żyję?!
- Emily przestań! – krzyknął przejęty – To jest…
- Od samego początku to wszystko było popieprzone. Nie mogę sobie poradzić…
- Nie każdy sobie ze wszystkim radzi…
- Tak? – Przerwała mu – Ale nie każdy kilka razy ociera się o śmierć i jest wykorzystywany za swoją naiwność!
- Tak, ale jeśli tak się zdarzy to niewiele ludzi sobie z tym radzi!
- Mike! – wrzasnęła na tyle ile mogła – Nie chcę tego wszystkiego! Nie mam już nic. Leżę tu od tak długiego czasu, żywię się jakimś gównem z tego worka, które wisi nade mną, jestem odizolowana od świata, na moim ciele jest więcej ran, siniaków i pewnie złamań niż ilość dni w roku, a moja psychika jest jedną wielką ruiną! A wiesz co jest najlepsze?! – wrzasnęła po raz kolejny wstając z łóżka. Mike złapał ją w pasie i chciał uspokoić, ale ona mocno mu się wyrwała – Najlepsze jest to, że nic już nie będzie takie samo!
- Emily, uspokój się – złapał za jej zabandażowany brzuch i z wielką siłą chciał zaprowadzić na łóżko.
- Mam gdzieś takie życie! – krzyknęła patrząc wprost na Shinodę i dodała – Brońcie sobie tego swojego kochanego i świętego Chesterka. Co ja mogę? Nikt nie uwierzy takiej słabej i nic nie znaczącej w życiu dziewczynie…
- Co ty robisz!? – krzyknął widząc jak dziewczyna odłącza się od aparatury.
- To co inni powinni już ze mną już dawno zrobić!
Przerażony dotknął jej ramienia i delikatnie podniósł jej głowę. Skierował swoje oczy w jej stronę i dodał:
- Nie pozwolę byś sobie coś zrobiła. Nikt by mi tego nie wybaczył, a tym bardziej ja…
- Przestań, lepiej by było jakbym w ogóle was nie poznała…
- Co ty pieprzysz?! – krzyknął w jej stronę łapiąc za ramiona – Co ty w ogóle mówisz? Żałujesz tego co między nami było? A nasza przyjaźń? A nasze wszystkie spędzone chwile, te najlepsze i najgorsze? Żałujesz każdego słowa, każdej salwy śmiechu i każdego nieprzemyślanego zachowania? Tak jest?! – krzyknął i przeniósł swoje ręce na jej głowę – I co myślisz, że jak się zabijesz to będzie wszystko w porządku? Że będę szczęśliwy, że w końcu leżysz w tej ziemi i już nic nie kontaktujesz? Nie! Do cholery jasnej nie! Czy ty tego nie rozumiesz?! – ciągnął dalej patrząc w jej załzawione tęczówki – Jesteś mi bliska, bardzo bliska. Zależy mi na tobie jak każdemu innemu. Życie bym za ciebie oddał, bo na co dzień nie spotyka się takiej osoby jak ty. I wiesz co? – spytał po chwili widząc jak zszokowana patrzy w jego oczy – Dasz sobie radę, tylko daj sobie szansę. Daj szansę swojemu życiu, nie raz się dostaje ją po raz drugi, trzeci czy nawet piąty. Jesteś niesamowita, musisz to zrozumieć!
Spojrzała na niego tylko raz. Raz, bo po tych słowach Mike został odciągnięty od lekarzy, a Emily ponownie przykuta do łóżka. Ale już nic nie mówiła. Wpatrywała się w śnieżnobiałą ścianę i słyszała tylko szmery oraz nagany lekarzy, którzy po raz kolejny wyprowadzali jakąś osobę z jej sali.
- Emily, to nie mógł być Chester! – krzyknął będąc w progu – Chester był wcześniej z policją! Musiało ci się coś przyśnić, ale…
Ostatnie słowa, były już mało słyszalne. Żaden z lekarzy nie pozwolił mu być dalej w tym pomieszczeniu z kobietą, która najprawdopodobniej traciła rozum.
***

Otworzył powoli drzwi do sypialni, tak by nie obudzić śpiącej tam już kobiety. Uśmiechnął się mimowolnie w stronę swojej ukochanej i rzucił swoje ubrania w kąt pomieszczenia.
Tak wiele się zmieniło przez tak długi czas. I Lisa z nim zamieszkała, jego psychika, która musiała pracować za niego i Chestera oraz ilość wolnego czasu. Nie wspominał też o rzeczach takich jak przekonanie o tym, że tak naprawdę dla kogoś znaczy więcej niż tylko maszynka do zarabiania pieniędzy. Od pewnego czasu zaczął czuć się bardziej zadowolony z życia, ale też nie mógł sobie poradzić z myślą, że mimo tego że Emily się obudziła, to jest z nią coraz gorzej.
Położył się na prawej stronie łóżka i zgasił lampkę.
- Co tak późno? – Spytała Lisa będąc odwrócona w jego stronę – Byłeś gdzieś?
- Myślałem, że już śpisz – uśmiechnął się lecz pewnie ona tego nie dostrzegła przez zaciemnione pomieszczenie – U Emily – odpowiedział na pytanie po chwili – Dzieje się z nią coś bardzo dziwnego jakby postradała rozum, albo…
- Mike – przerwała mu – Może to dziwnie zabrzmi, ale to tak jakby jest normalne. Jestem pielęgniarką i wiem jak ludzie zachowują się po takich traumatycznych przejściach. Z Emily nie mogło być inaczej, nie może sobie poradzić z tym co się z nią wcześniej działo. Nikt nie wie tak naprawdę co ona tam przeżyła, co się tam tak dokładnie stało, tylko ona sama.
- Ona bredzi o tym, że Chester ją chciał zabić, co jest totalną bzdurą.
- Gdy przywieziono ją do szpitala była odwodniona, wymęczona i wygłodzona. Myślisz, że ludzie z takim stanem potrafią normalnie funkcjonować? Lekarze badają o co może z tym chodzić, z tego co wiem miała być wezwana policja, ale to nie ma znaczenia, bo on ma alibi. Sam wiesz jaką ją znaleźli. Może jej się coś przywidziało.
- Halucynacje? – Spytał niepewnie.
- Coś w tym rodzaju. Ty jak jesteś pijany też pewnie widzisz coś czego nie ma, tak samo ona tylko z powodu swojego wykończenia.
- Ja nie upijam się do nie przytomności – oznajmił i głośno westchnął – I co teraz z nią będzie?
- Zobaczymy. Jeśli mam mówić całkiem szczerze to szanse na to, że będzie żyć normalnie są takie same jak szanse na to, że zeświruje. A na razie, przepraszam Mike, ale na tę pierwszą opcję się nie zbiera. Przez wiele, wiele dni albo się w sobie zamyka, albo rzuca na ludzi. Lekarze już załamują ręce – zwróciła się do niego szczerze – Tylko nie mów tego Chesterowi, on się załamie. A zresztą mi też nie można zdradzać tajemnicy lekarskiej.
Kiwnął głową i spojrzał na sufit. Czy wszystko stracone? Chester się załamie jeśli sprawy pójdą za daleko, ale wie że nie odpuści w sprawie odzyskania Emily. Czy ta przyszłość nie będzie aż tak kolorowa jak sobie wyobrażali?
- Jak Linkin Park? – spytała po chwili.
- Płyta stoi pod znakiem zapytania – oznajmił – Wytwórnia się już wkurza, że stoimy z robotą, ale Chester nie potrafi się po tym wszystkim jeszcze pozbierać. Zresztą reszta też nie paja radością. Musimy dać sobie czas.
- Rozumiem – odparła po chwili.
- Robiłaś coś dzisiaj ciekawego? – Spytał po chwili uśmiechając się w jej stronę.
- Oprócz zakupów, porannej pracy i spotkania ze znajomą to nic – odparła wpatrując się w jego zaciemnioną twarz.
- Znajomą?
- Nie znasz…
- A poznam?
- Może... – uśmiechnęła się i bardziej odwróciła w jego stronę. Widząc jak Mike lekko przymyka oczy wpatrywała się w jego unoszącą się klatkę piersiową i po chwili delikatnie dotknęła ją swoimi dwoma palcami. Mike czując jej dotyk nie odwrócił głowy, ani nie otworzył oczu, czekał na kolejny ruch.
Nagle jej cała ręka zapadła się pod jego mostkiem, a ona sama spojrzała na niego z góry. Uśmiechnęła się nieśmiało, tak samo jak on.
- Dawno nie byliśmy aż tak blisko siebie – zauważyła po chwili dotykając jego nastroszonych włosów.
- Przepraszam – zaczął – To pewnie przez te wszystkie problemy, sama wiesz…
- Wiem – ze smutkiem w oczach dotknęła jego policzka – Ale myślę, że wszystko będzie dobrze. Obydwoje są silni, dadzą radę, a ja w to wierzę.
Uśmiechnął się i złożył delikatny pocałunek na jej czole. Ona objęła go swoimi rękami i poważnym wzrokiem oceniła każdy element jego ciała. Mike widząc to zarzucił dłonie na jej plecy i nagle poczuł jak kobieta oparła się głową o jego ramię. Schowana w jego objęciach zaczęła:
- Brakuję mi ciebie, Mike… - słysząc to złapał dłońmi jej rudych włosów i nie wiedząc co odpowiedzieć rzucił:
- Wiem… Mi ciebie też.
- Kochaj się ze mną – rzuciła bez namysłu dotykając z drugiej strony jego policzka – Tu i teraz. Tak byśmy o wszystkim zapomnieli.
Przejechał delikatnie po jej zimnej skórze na łopatce i poczuł jak jej usta kosztują jego szyi. Powolne, aczkolwiek przemyślane ruchy kobiety spowodowały u niego pojawienie się uśmiechu, więc postanowił przechylić głowę do tyłu, by pozwolić jej na dokończenie tego co zaczęła. Jej usta zaczęły schodzić niżej, ominęły jego klatkę piersiową, jego brzuch…
Nagle spojrzała na niego, a konkretnie na jego nie reagującą twarz.
- Jak ja mam z tobą dobrze – zaśmiał się po chwili i widząc niezdecydowaną kobietę złapał za jej ramiona i lekko podniósł się by złożyć na jej ustach pocałunek. Jej ręce objęły mężczyznę w pasie, a on sam dotykał jej długiej szyi. W końcu zaczęły schodzić w dół. Delikatnie dotknął jej ramienia i zsunął jedno ramiączko od jej koszuli nocnej. Nie odzywając choć na chwilę namiętnego pocałunku dotknął jej piersi. Objęła go mocniej i czując jak jej serce zaczyna bić coraz szybciej przyspieszyła tempo pocałunku. Jej koszulka opadła na sam dół, a góra, która nadal została na jej ciele za chwilę zdawała się też powędrować na bok. Mike nie czekał długo. Widząc jak Lisa pragnie go tu i teraz postanowił nie dawać jej dłużej czekać. Nie odrywając się od jej ust dotknął jej brzucha i delikatnie wsunął rękę pod pasek jej dolnej części bielizny. Złapała go mocniej, zawieszając ręce na jego szyi. Czując jego subtelne ruchy odsunęła się od mężczyzny i z cichym śmiechem przylgnęła głową do jego klatki piersiowej. Tak, to był ten moment gdzie czuła się niesamowicie, gdzie czuła jego obecność. Nic innego się nie liczyło, tylko to, że on tu jest.
Po chwili nie wytrzymując cicho jęknęła z rozkoszy, ale to i tak było słyszalne dla Shinody. Odsunął się od niej i obalił ją całym swoim ciałem. Zadowolona z jego poczynań złapała za jego ramiona, a on z braku równowagi upadł na leżącą dziewczynę. Spojrzała po krótkiej chwili w jego oczy i zauważyła jak zaczyna przybierać poważny wyraz twarzy. Nie zwróciła na to uwagi. Ponownie mocno przylgnęła do jego ust i ponownie zatonęli w długim pocałunku, który jak dla nich nie miał końca.
Dlaczego ona tak na niego działała?
W końcu czuł się jak ptak. Wolny i pozbawiony jakichkolwiek zakazów. Będąc przy niej był sobą, nie musiał już patrzeć na to czy Lisa pokocha go takim jaki jest, bo już to zrobiła. Był święcie przekonany, że to jest właśnie ta kobieta z którą chce brnąć przez długie korytarze życia, trzymając ją za rękę by nie dopuścić do jej zaginięcia. Chciał tego, chciał by już na zawsze przy nim pozostała, bo oprócz niej nikt nie potrafił w tak ekspresowy sposób namalować uśmiech na jego twarzy.
Nagle oderwał się od jej warg. Spojrzał w jej święcące oczy i postanowił dalej brnąć w to co wcześniej już zaplanowali. Dotknął swojej szafki i otworzył szufladę. Po chwili jednak poczuł jej dotyk. Złapała za jego masywne ramię i ze śmiechem rzuciła:
- Wracaj… - widząc jego zdezorientowany wyraz twarzy zaśmiała się głośno i szarpnęła jego ramieniem. Miał już rzucić jakieś argumenty, ale ona go uprzedziła – Biorę tabletki…
- Od kiedy? – Nie ukrywał swojego zaskoczenia.
- Od niedawna – odparła wpijając się wręcz w jego szyję. Leżąc przygnieciona jego ciałem zsunęła ręce w dół jego pleców i nagle popatrzyła na jego oczy, które już wpatrywały się w nią od dłuższego czasu. Widząc to zrobiła pytającą minę:
- Nic – uśmiechnął się szczerze – Po prostu tak bardzo cię kocham.

***

Tydzień później…

Mężczyzna po raz kolejny przeszedł przez nieprzyjemny korytarz. Słysząc rozmowy chadzających się tu pacjentów stwierdził, że to miejsce przeraża jeszcze bardziej niż wcześniej. Zresztą, wszystko co tu było go tu przerażało. I ściany, pomieszczenia, lekarze, a najbardziej stan swojej ukochanej. Popatrzył na zegarek i szybko pomknął przed siebie. Widząc już, że sala Emily jest nieopodal otworzył drzwi i niepewnie podszedł w jej stronę. Leżała beztrosko i wpatrywała się w górę, tak samo jak wczoraj, przedwczoraj, kilka dni temu… Nic się nie zmieniło, oprócz tego, że Chester dostał pozwolenie by się z nią widzieć.
- Jak się czujesz? – Spytał ostrożnie siadając obok jego łóżka. „Pamiętaj, żadnych nieprzemyślanych ruchów!”.
Nie odpowiedziała. Zresztą nic spodziewał się niczego innego.
- Stwierdziłem, że siedzenie tutaj jest bardzo nudne, więc postanowiłem ci trochę potowarzyszyć. Myślę, że nie masz nic przeciwko – Uśmiechnął się w jej stronę, ale ta nic nie zrobiła.
- O cześć Chester – zaczął inny mężczyzna. Bennington spojrzał za siebie i zobaczył swojego kolegę z zespołu wraz z jego narzeczoną. Tak mu się przynajmniej wydawało. I właśnie w tym momencie zdał sobie sprawę, że już dawno przestał żyć życiem swoich znajomych. Nie wiedział co się z nimi dzieje, co czują i czy mają jakieś problemy. Zatracił się w jednym, zatracił się tak jakby w sobie.
- No i jak się czujesz kruszynko? – Zaśmiał się lekko Joe i symbolicznie pocałował dziewczynę w czoło.
„Ty cholero parszywy, uważaj na ruchy!”.
Krzyknął to w myśli, ale nie zauważył by Emily wstała i znowu zaczęła siać panikę. Jak się poczuł? Czuł zazdrość, chorą zazdrość, że jednak Joe’go nie odrzuciła tak jak jego w pierwszym dniu.
- Słuchaj – zaczął – Ile się działo przez ten czas. Przeszedłem na dietę, zacząłem uprawiać sporty, a jem dwa razy mniej niż zawsze. Nawet schudłem – Zaśmiał się – Mam nadzieję, że to widać. No i wymyśliłem już scenariusz do teledysku ostatniego singla z naszej płyty.
- Naprawdę? – Zdziwił się Chester.
- Serio, serio – odparł – I powiem ci że nawet Mike powiedział, że jest w porządku. Czyli jest super.
Tiffany odsunęła się od mężczyzny i usiadła na drugim krześle obok Benningtona. Uśmiechnęła się w jej stronę, ale to i tak nie miało znaczenia. Odwróciła się do Chestera z pytającym wyrazem twarzy. On jednak pokiwał przecząco głową, nie mógł przecież kłamać, że jest lepiej, jak sami widzą co się dzieje.
Zamknęła się w sobie. Przez ostatni incydent, który zdarzył się trzy dni temu gdzie w przypływie przerażenia znowu chciała uciec z tego miejsca jej zachowanie zmieniło się diametralnie. A teraz po prostu ona jest synonimem największej oazy spokoju. Raz na jakiś czas popatrzy w drugą stronę, zamknie oczy i zaśnie. Tylko tyle.
- Może jesteś głodna?
- Joe… - zaczął Chester.
- Co?
Pokiwał przecząco głową dając mu do zrozumienia, że to bardzo zły pomysł. Rozpoznając aluzję stanął obok niej i nie wiedząc co zrobić po prostu na nią patrzył. Patrzył na nią i widział pokiereszowaną kukłę teatralną, która jest gotowa na to by ktoś nią poruszył, by przywrócić ją do życia po tak długim okresie czasu.

***

- I jak? – Chester złapał za ramię kobiety, a ta widząc jego błagający wyraz twarzy mocno zastanowiła się co powiedzieć. Skłamać czy jednak postawić na prawdę? – Proszę, ja muszę wiedzieć o co chodzi, bo zwariuję.
Zrobiła poważną minę i zaprowadziła go do samego końca korytarza. Zarzuciła swoje włosy do tyłu i zaczęła:
- Naprawdę chcesz wiedzieć?
- Lisa dostaję na łeb, chcę wiedzieć na czym stoimy.
- Stoimy – odparła Lisa z przepraszającą miną – Naprawdę stoimy. Wczoraj nie chciała przyjąć leku, jest ciągle przerażona i twierdzi, że nie żyje. Chester…
- Nie krępuj się – odparł czując wielkie rozczarowanie – I tak i tak by to wyszło.
- Nie chcę byś się załamał – zaczęła – Nie możesz się załamać. Tak naprawdę jesteś jej bardzo bliski, musisz pokazać jej wszystko na co cię teraz stać. Mów do niej, opowiadaj różne rzeczy, śmiej się i po prostu bądź. To jej da dużo do myślenia, sam wiesz jakie są zarzuty.
- O co w tym chodzi? – spytał.
- Halucynacje – odpowiedziała niepewnie – To są pewne halucynacje, musiała cię widzieć w nich, a ty nie odgrywałeś tak zbyt przyjemnej roli. Sprawy się tak pokomplikowały, bo byłeś jej nadzieją. Ale pokaż jej, że nadal jesteś, a tamto co się stało to nieprawda. Robimy co w naszej mocy, ale…
- Wszyscy tak mówią – machnął ręką zdenerwowany – Wszyscy mówią, że robią co mogą, że się starają przywrócić…
- Bo tak jest! – przerwała mu -  Robimy co w naszej mocy i wierzę, że wszystko będzie dobrze. Myślę, że to przejdzie, ale musi mieć przy sobie kogoś kto da jej tę siłę do życia. Miałam styczność z wieloma pacjentami, nie jest pierwszym takim przypadkiem więc wiem co mówię.
Kiwnął głową mówiąc tym samym, że zrozumiał.
- Dzięki – uśmiechnął się lekko.
- Nie ma sprawy – odwzajemniła uśmiech i dotknęła jego ramienia – Dacie radę.
Po tych słowach odeszła, kierując się wprost do innej sali.

***

Dwa tygodnie później…

Popatrzył na jej twarz. Wyglądała trochę inaczej, inaczej niż kiedyś. Więcej reagowała, była bardziej zdatna do życia, jedynie rana w prawej stronie policzka pozostała z tamtych zdarzeń, taka sama jak niektóre zszycia. Bandaży było mniej, a ona w końcu zaczęła jeść samodzielnie. W prawdzie jej samodzielność niekiedy polega na wielkich namowach, ale czasami potrafi sama zebrać w sobie siły.
- A pamiętasz to? – zaczął Chester przegryzając zielone jabłko w ustach. Popatrzył w jej oczy, które były odwrócone w jej stronę i uśmiechnął się – Jak była ta impreza u mnie i ktoś bardzo inteligentnie mnie pomazał pisakami? Wtedy byłem cały obmazany jakimiś jednoznacznymi symbolami. I jak zwykle sprawcą okazał się Mike – wziął kolejnego gryza i dodał – Chcesz może się napić?
Nie zareagowała od razu. Dopiero po jakiejś chwili dodarło do niej to, że Chester zapytał się jej o coś i odpowiedziała delikatnym zaprzeczeniem.
- Jak będziesz coś chciała to daj mi znać – uśmiechnął się po chwili i położył jedną rękę na jej pościeli – Wiesz, rozmawiałem z Lisą i powiedziała, że może jeszcze kilka tygodni i być może będzie po wszystkim. Musisz tylko tego chcieć – dodał patrząc w jej oczy – A wiem, że tak jest. Bóg dał ci tę kolejną szansę, nie zmarnuj jej. Jesteś silna, cholernie silna.
Popatrzył w dół i nie wiedząc jak ona na to zareaguje głośno westchnął.
„Uważaj tylko co mówisz!”.
- Pomogę ci – uśmiechnął się nieśmiało – Pamiętasz? Pomagamy sobie wzajemnie nawet jakby się nawet nie wiem jak rujnowało. Może się walić, może się wszystko psuć, ale uwierz mi, że cię nie zostawię. Obiecuję, już drugi raz nie popełnię tego błędu. Zdałem sobie sprawę, że aby żyć nie potrzebne mi jest powietrze czy jedzenie, ale ty. Bez ciebie mój świat jest jedną wielką grotą nieszczęść i niepowodzeń – popatrzył się na nią i pewnie odparł - Zrobię bardzo dużo, żeby wszystko potoczyło się w jak najlepszą stronę. Kocham cię, wiedz o tym.
Spojrzał w okno i widząc znowu nie poprawiającą się pogodę głośno westchnął. Nawet teraz musi padać deszcz i dobijać tym każdego człowieka. Kiedyś to lubił, a teraz po prostu nie ma ochoty nawet się z tego cieszyć. Przegryzł wargę i poczuł w ustach smak krwi. Kręcąc delikatnie głową spojrzał na ten sufit w który cały czas patrzyła się Emily. Co było w nim aż takiego interesującego? Nie widział nic, ale może punkt widzenia zależał po raz kolejny od punktu siedzenia.
Nagle coś otarło się o jego dłoń. Nie oderwał swojego wzroku, ale wiedział co jest grane. Emily wsunęła dłoń w jego i delikatnie ścisnęła. Uśmiechnął się w duchu i wiedząc, że nie może wykonać nachalnego ruchu postanowił schować ją bardziej. Czuł jej puls, czuł jak jej serce pracuje. Znowu dotykał tych dłoni, tych pięknych dłoni. Zaczęła się w nim odradzać nadzieja.


Witam, witam po tak długiej przerwie. Kurcze, przepraszam za tak długą nieobecność, ale jednak szkoła okazuję się dawać we znaki przed końcem semestru ;/
Nie mogę sobie wyobrazić, że jeszcze 4 rozdziały i koniec. Ale wiecie, mam w planie zaczęcie nowego bloga, bardziej przemyślanego. A tego myślę już skończyć w lutym.
Powiem wam, że za Chiny nie wiem jakie dać zakończenie :D W głowie mam mętlik, nie mam pojęcia czy zakończyć to szczęśliwie, czy jak ja to lubię - w żałobie. 
Dodam jeszcze, że nie przejmujcie się jak długo mnie nie ma na waszych blogach, obiecuję wszystko nadrobię do niedzieli! Na tym weekendzie będę miała sporo czasu, więc jeszcze napiszę ten post z nominacjami (za cholerę nie wiem o co kaman, ale dobra) i w końcu będę szczęśliwa, że nie jestem w tyle. 
No to czekam na opinie ;) Piszcie komentarze, wtedy widzę ile naprawdę was jest :) 
Pozdrawiam ;)

Aha! I dziękuję za 30k wyświetleń! ;)

środa, 10 grudnia 2014

Rozdział LVI



- Nie ma go dopiero od tak krótkiego czasu panie Shinoda – zaczął po raz kolejny zrezygnowany funkcjonariusz. Spoglądając ukradkiem, według niego, na ważniejsze papiery przed sobą usłyszał znowu ten sam irytujący głos:
- Ja wiem, że może to nie jest dużo, ale ja do cholery wiem co się tu dzieje!
- Proszę uspokoić słownictwo – nakazał mu patrząc w jego wściekłe oczy.
- A czy pan mnie może wysłuchać? – Spytał i zaczął mówić – Mojego przyjaciela nie ma od dłuższego czasu, nie odzywa się, nie dzwoni, a wiem, że miał wiele problemów.
- To dorosły mężczyzna – odpowiedział – Mógł gdzieś wyjechać nie informując pana o tym. Proszę nie być takim w gorącej wodzie kąpanym, jestem prawie przekonany, że zadzwoni do pana za jakieś kilka godzin i…
- Co za durnota społeczna pracuje w tym gównie! – krzyknął i nagle poczuł troskliwy dotyk swojej dziewczyny, który nakazał mu być spokojnym. Spojrzał na Lisę ukradkiem wtedy jak ona zbliżyła się do funkcjonariusza i zaczęła mówić:
- Wiemy co mówimy. Pan Bennington może czasem był jaki był, ale w tej chwili wiemy na czym stoimy. Porwali mu dziewczynę, później razem z pewnym mężczyzną zaczął jej szukać, ale i on po jakimś czasie zniknął. To nie jest przypadek – podkreśliła i usiadła obok Shinody – Jeśli to jest dla pana błahe to ja chcę porozmawiać z komendantem tego ścierwa…
- Dobrze – zaczął mężczyzna w średnim wieku – Czyli chcecie zgłosić zaginięcie?
- Wałkujemy to od jakiś dziesięciu minut – zabrał głos Shinoda – Więc jeśli dla pana to podchodzi pod zaginięcie to tak.
Mężczyzna zrobił grymas na twarzy gdyż ironia Shinody nie przypadła mu do gustu i wziął do ręki kartkę papieru przystępując do swojej pracy.

***

Spojrzał na nią swoimi ciemnymi oczami po raz kolejny. Chciał jakiejkolwiek reakcji z jej strony, jednak zdziwienie jakie wywołały u niej te słowa nie pozwoliły na żaden ruch.
- Nie słyszałaś co powiedziałem? Rozbieraj się!
Gniew chłopaka przeszył jej całe rozdygotane ciało. Dotknęła delikatnie swojej szyi i wzięła głęboki wdech.
Nagle mocno szarpnął jej ramieniem wydobywając głośny krzyk z jej spierzchniętych ust. Spojrzała na niego mściwie i obaliła się na podłogę. Wiedziała, że nie uniknie tego, lecz za wszelką cenę chciała zawalczyć o swoje. Ale zapomniała, że w tej chwili jej już nie ma.
- Odezwij się w końcu! – wrzasnął kopiąc posiniaczoną kobietę – Wcześniej byłaś taka rozmowna, a teraz urwało ci język?
- Proszę, nie rób tego…
- To jedyne na co cię stać? – Wyśmiał jej słowa i przykucnął ściągając z niej zakrwawioną bluzkę. Cicho, bez pośpiechu. Patrzył tylko jak co chwile odkrywa coraz inne części ciała.
- Poczekaj – zaskrzeczała – Stop, proszę. Zatrzymaj się na chwilę! – krzyknęła ile miała sił w płucach i spojrzała na niego – Oddam ci się, ale proszę, wypuść ich. Wypuść ich, oni nie są winni. Jedynie mnie chcecie – zaczęła przerażona – Będę na wasze zachcianki, ale błagam, wypuście ich.
- Czyli zgadzasz się na to tak? – Spytał wstając z podłogi – Wiesz, że to podchodzi pod prostytucję…?
- Wiem jak to się nazywa, ale też wiem, że i tak nic mnie nie uratuje – zmęczonymi oczami spojrzała na niego i widząc jego zadowoloną minę rzuciła – Czyli zgadzasz się? Proszę, przynajmniej ty mnie wysłuchaj. Będę już twoja, tylko wypełnij moją prośbę.
- No cóż, nie ma przeciwwskazań bym się nie zgodził – uśmiechnął się ironicznie. Zaśmiał się głośno z jej naiwności i dodał – Wypuszczę ich, ale ty się rozbieraj.
- Czyli zrobisz to dla mnie?
- Tak – Zaśmiał się po raz kolejny – Tak, oczywiście, że tak.
Będąc pewna swoich słów wstała na możliwość swoich sił i spojrzała w jego oczy. Mężczyzna dotknął lekko jej policzków i pchnął nią delikatnie, ale na zachwianiu się skończyło. Usiadł na krześle i dodał:
- No to czekam.
Spojrzała na niego z lekkim uśmiechem i rzuciła:
- Ja dotrzymuję obietnic – odparła po chwili bez emocji odpinając lekko spodnie. Wiedziała czym to się może skończyć, ale była zdeterminowana. Musiała przecież coś zrobić – I mam nadzieję, że ty też.
- Zarzekam się na wszystkie demony świata – położył dłoń na swojej piersi i delikatnie podniósł kąciki ust – No pokaż czym natura cię obdarzyła…
Przełknęła głośno ślinę i zsunęła z siebie ubrudzone spodnie. Wiedziała, że w tej chwili być może robi źle, ale nic się w tej chwili dla niej nie liczyło. Albo się uda, albo nie, w tej chwili podtrzymywała ją tylko nadzieja.
Dotknęła roztrzęsioną dłonią swoich piersi i spojrzała na wręcz zadowolonego mężczyznę. Widząc jak oczy mówią o tym, że cieszy się ze swojej wygranej, stanęła naprzeciw niego i dodała:
- Jeśli mi obiecasz, że oni zostaną wolni jeszcze dzisiaj, ja jeszcze coś dla ciebie zrobię ponadto – zaproponowała przestraszona i złapała za jego dłoń – Chcesz tego?
Uśmiechnął się szeroko łapiąc za jej dłoń i całując ją lekko. Zaraz będzie jego i tylko jego.
Spojrzała w jego oczy i usiadła na jego kolanach. Będąc zażenowana swoim zachowaniem przełknęła głośno ślinę i pocałowała mężczyznę w samą szyję. Słysząc jego lekki śmiech i czując dłoń na swoim pośladku powstrzymała się od tego by zejść i po prostu uciec. Ale nie mogła, nie w tej chwili.
Wstała i stanęła za mężczyzną. Będąc bliżej okna w tej chwili widziała jak każdy promień słońca odbija się na jego błękitnej koszulce. Złapała za materiał i oparła się głową o jego ramię. Pocałowała go po raz kolejny, dotknęła jego brzucha i zaczęła zniżać swoimi rękami coraz niżej. Przestała w pewnym momencie i zmysłowo dotknęła swojego ciała. Widząc jego parszywy uśmiech dotknęła ręką jego ust i rzuciła cicho:
- Zamknij oczy – pocałowała go lekko w czoło i stanęła za mężczyzną masując kolejne części jego ciała.
Co czuła? Poniżenie, wiedziała, że w tej chwili zachowuje się jak zwykła dziwka, ale co mogła zrobić? Była zdeterminowana do walki z nimi, a to był pierwszy krok by wyjść częściowo z tej pułapki. Trzymając nadal za jego plecy przysunęła się bliżej okna i złapała za to co już na samym początku zauważyła. Przedmiot był ciężki, na jej siły to było niemożliwe by dała go unieść, ale chciała zaryzykować. Oddaliła się na chwilę i szepnęła:
- Poczekaj chwilę, a obiecuję ci, że będzie całkiem przyjemnie – udała lekki śmiech i podeszła po cichu do okna wydobywając z niego to na czym jej zależało.
Nim się obejrzała stała już za nim z ciężkim przedmiotem w ręku. Popatrzyła na przedmiot i później na niego. Nie tracąc czasu na większe rozmyślała wzięła wielki rozmach i z całej siły rzuciła nią w sam środek głowy swojego oprawcy. Pisnęła cicho widząc jak masywne ciało obala się na ziemię, a wokół niego zaczęła się zbierać wielka kałuża krwi.
„I co? W tej chwili to ty jesteś naiwny, a nie ja!”.
Chwyciła ponownie cegłę do ręki i jeszcze raz dla pewności walnęła nią o nic nie mówiącą twarz mężczyzny. Widziała tylko roztrzaskany nos i zlatującą krew z wielkiej rany na czole. Wiedząc, że być może w tej chwili przyczyniła się do jego śmierci zakryła usta, ale nie chciała tracić zimnej krwi. Nie teraz, nie w tym momencie gdzie teraz być może wszystko się ułoży.
Ubrała szybko swoje spodnie oraz bluzkę, nie uświadamiając sobie, że na niej pozostały ślady świeżej krwi i chwyciła za nogi mężczyzny. Jego ciało było za ciężkie, to uniemożliwiło jej przeniesienie oprawcy w sam kąt pomieszczenia więc postanowiła z tego zrezygnować.
Oblizała suche wargi i z lekką nutką zwycięstwa w swoich martwych oczach otworzyła delikatnie drzwi. Wiedząc, że w tej chwili wszyscy znajdują się w innym miejscu powędrowała cicho do kryjówki swoich towarzyszy. Nie było to jednak łatwe, w głowie kręciło się jej bardziej niż kiedykolwiek, a nogi odmawiały posłuszeństwa.
Stanęła przed pomieszczeniem i otwarła niepewnie drzwi.
Jeśli ktoś tam będzie, ona zginie. I ona, i oni. To było przecież pewne.
Jednak miała szczęście.
Zamknęła po cichu drzwi i szybko podbiegła do jednego z mężczyzn.
Chwila, w tej chwili w tym pomieszczeniu był tylko jeden z nich. Gdzie jest w takim razie Tod?
Nie zawracając sobie w tej chwili tym głowy szybko podbiegła do związanego Benningtona i swoimi ostatnimi siłami odwiązała mocno zawiązane sznury. Nic się nie odezwała, wiedziała, że to będzie trudne przełamać się nawet w tej chwili po tak długiej przerwie.
On jednak tego nie czuł. Złapał za policzek zszokowanej kobiety i przybliżył jej zmarnowane ciało do siebie. Ona nie zwracała na to uwagi, nie było jej w tej chwili w głowie, by odepchnąć dotyk lub jeszcze by w niego brnąć. Wiedząc, że w tej chwili tkwią na granicy życia i śmierci złapał za jej rękę i dodał:
- Nie mogę sobie wyobrazić co oni tobie zrobili, Emily – nie wiedział co mówi, otarł jedną ręką jej zaschniętą ranę na twarzy i dodał – Wyjdziemy stąd rozumiesz? Jeśli nie ja, to przynajmniej ty…
- Nie, wyjdziemy stąd razem – dodała – Jest szansa. Uciekłam im przed chwilą, jeśli dowiedzą się że zabiłam jednego z nich sama będę martwa. Chazz – zaczęła mając nadzieję, że nie wybuchnie – Musisz uciekać. Ale szybko, musisz wezwać pomoc.
- Nie, wychodzimy stąd razem.
- Nie zrobimy tego tak – zarzuciła – Oni mają Toda, nie wiem gdzie jest, a ja się bez niego nie ruszam.
Mimo tego, że nie wymagała tego sytuacja Bennington się wzburzył i rzucił bezmyślnie:
- Szantażował cię, poniżał, a teraz chcesz uratować tego dziada? Nie ma mowy – złapał za jej dłoń i rzucił – Nie pozwolę byś tam poszła, nie rozumiesz że jak tu zostaniesz to nie wiem co z tobą będzie? Wykończyli cię, Emily, nie mogłem cię na początku poznać. Nie wiem ile musiałaś tu wycierpieć, ale ja na to nie pozwolę.
- A ja nie pozwolę by on tu został – wstała lekko i skierowała się w stronę drzwi – Muszę go znaleźć.
- Ty jesteś wariatką! – wrzasnął lekko i złapał za jej dłoń – Nie wrócisz tam, zbyt bardzo cię kocham bym nadal pozwolił ci cierpieć.
- Wracam tam! A ty masz uciec i znaleźć pomoc! – rzuciła opierając się o jedną ścianę.
- Ty ledwo stoisz na nogach – zauważył przejęty i dotknął swoimi rękami jej głowy – Oni cię zabiją, nie chcę cię stracić…
- Nie stracisz jak pobiegniesz.
- Bez ciebie nie idę.
- Nie zostawię go tu.
- Zostawisz!
Spojrzała na jego stanowczy wyraz twarzy i ile to było możliwe pchnęła lekko jego ciałem. Widząc jego zdezorientowanie nagle rzuciła przez zęby:
- Ty pieprzony egoisto – będąc rozwścieczona jego zachowaniem przeszyła go własnym wzrokiem – Ty zapatrzony pieprzony dupku!
- Emily… - zaczął zaskoczony.
- Zejdź mi z oczu – rzuciła.
- Nie jestem egoistą! – zaczął łapiąc za jej ramię, co sprawiło jej niewielki ból. Widząc jak cicho syknęła odsunął się od niej delikatnie i dodał – Chcę stąd uciec, bo wiem że jest z tobą bardzo źle. Zależy mi na tobie, dlatego chcę byś po prostu zrezygnowała. On i tak… - ugryzł się w język. Nie w tej chwili, nie mógł jej jeszcze bardziej dobić.
- A mi zależy też na nim – rzuciła nie zwracając uwagi na jego słowa – I mam teraz gdzieś to co myślisz, idę go ratować. Ale wiedz, że jeśli szybko nie uciekniesz to możemy wszyscy nie wyjść z tego żywi.
- Nie możesz mi tego zrobić – zaczął bez emocji, choć w głębi duszy czuł przeszywający go strach. Ona naprawdę tu zostaje.
- Owszem, mogę – rzuciła – Chazz, błagam cię po raz ostatni. Jeśli chcesz byśmy byli żywi to zrób do cholery to co ci każę! Ja nie dam rady pobiec, musisz ty ściągnąć tu pomoc. Ja zrobię wszystko, by jakoś cię nie zdemaskowali – popatrzyła na niego po raz ostatni i rzuciła – Zaufaj mi.
Nie powiedział już nic. Spojrzał na jej splecione włosy, które niezdarnie opadały na prawą stronę jej twarzy i kiwnął lekko głową. Zgadzał się czy sprzeciwiał? Nie potrafił odpowiedzieć na to pytanie, sam nie wierzył w to co robi. Złapał za mur i ocenił czy w pobliżu nie ma żadnych podejrzanych.
Uśmiechnął się lekko w stronę Emily, ale nim się spostrzegł jej już nie było.
Tkwiła teraz w jakimś małym zakamarku. Próbowała ocenić gdzie znajduje się mężczyzna. Czy to co robi było mądre? Na pewno nie należało to do inteligentnych zagrań, ale jej serce mówiło co innego. Nie potrafi określić tego co w tej chwili czuje i myśli. Po prostu musi go odnaleźć. Tyle.
Oparła się lekko o jakieś drzwi i całkowicie wycieńczona zamknęła oczy. Dotknęła dłonią swojej wysuszonej skóry i poczuła wielkie pieczenie w okolicy ust. Już dawno zaczęła wyglądać jak anorektyczka, jednak nie czuła tak bardzo tego głodu, bardziej dawał się we znaki ten ból, który wędrował po całym jej ciele.
Nagle usłyszała jakąś rozmowę. Znała jeden z tych głosów, drugi był jej obcy. Na czym ona polegała? Sama dokładnie nie mogła tego ocenić, słowa mieszały się jej w głowie, ale wiedziała, że wpadła w spore tarapaty. Poczuła ciarki na swoim ciele. Zaczęła się naprawdę bać.
Czy wcześniej bała się śmierci?
Nie tak jak teraz. Teraz jest pewna, że jeśli ją znajdą ona nie ujdzie z życiem, a tym bardziej Tod. Jeśli złapią Chestera to pewnie i jego nie oszczędzą.
Opadła lekko na kolana i spojrzała na swoje dłonie. Miała ochotę krzyczeć, ale głos uwiązł jej w gardle.
„Weź się w garść!”.
Podniosła głowę do góry i nagle dostała drgawek. Skuliła swoje kolana i zacisnęła usta by nie krzyknąć.
Ian.
Dlaczego Ian stoi tuż nad nią?
Czy go też złapali?
Wstała i chciała go do siebie przyciągnąć, ale im bardziej ona się przysuwała tym bardziej on odchodził.
- Uciekaj, rozumiesz? – Zaczęła przejęta – Gdzie Nathan?
Zero odzewu. Widząc jego obojętną twarz wpadła w panikę.
- Błagam! Powiedz coś!
Nie odpowiedziało nic. Krzyknęła po raz kolejny w jego stronę, sama nie wie czy z bezsilności czy z troski. Bała się, kolejna osoba na której jej zależy stoi tu przed nią, a ona nic nie może zrobić. A ojciec ją ostrzegał, groził jej, że złapią go, że coś mu zrobią.
- Błagam cię, uciekaj stąd, uciekaj…
- Zabijesz ją!
Rozpaczliwy krzyk mężczyzny przeszedł po całym pomieszczeniu. Miał on bardziej charakter skowytu zbitego psa i krzyku, gdzie towarzyszy najgorszy ból.
Emily usłyszała tylko te słowa. Spojrzała w prawą stronę i ujrzała jak z prędkością światła jakaś długa deska uderzyła w jej prawy policzek. Nie wytrzymała.
Jak długa runęła na ziemię i głośno zawyła z bólu. Zamknęła oczy, ale nie mogła pozwolić sobie na to by utraciła świadomość. Musi żyć, musi uratować Toda, Chestera i…
Rozejrzała się po pomieszczeniu i Ian’a już nie było. Co mu zrobili?
Nie mając siły zapytać o to co się stało z jej bratem opadła na jakiś murek i spojrzała w górę. Krew wlatywała jej do oczu uniemożliwiając jakąkolwiek ocenę sytuacji. Podniosła dłoń, ale nie mogła zgrać ją z zaplanowanymi ruchami. Była bez siły.
Czy to koniec?
Nagle poczuła następne uderzenie. Zawyła z bólu i przekręciła się na drugi bok. Zasłoniła swój brzuch i zacisnęła mocno zęby.
„Dasz radę, dasz radę…”
Kolejny cios, kolejny przypływ bólu, kolejny krzyk.
Jej ciało było jedną wielką zbieraniną ran oraz krwi. Czuła jak coś płynie po jej plecach, brzuchu, nogach. Jednak nie potrafiła skupić się na tym co się w tej chwili dzieje.
Traciła świadomość?
Po chwili jednak ktoś delikatnie dotknął jej skóry. Jego dłoń lekko musnęła jej poobijanego czoła i zgarnęła z niej opadające kosmyki ciemnych włosów. Nie miała siły nic powiedzieć. Mężczyzna przejechał dłonią po jej policzku uspokajając tym samym leżącą kobietę.
- Jest tak wycieńczona, że każdy najmniejszy ruch może ją wykończyć! Chcecie ją zabić do jasnej cholery?!– Mężczyzna krzyknął w stronę oprawców i dodał – Jeśli ja już jestem z wyrokiem śmierci to przynajmniej oszczędźcie dziewczynę!
- Bohater się znalazł! – Odpowiedział mu – Trzeba było o tym pomyśleć kilka miesięcy temu.
- Daj jej po prostu żyć, ona nie jest niczemu winna! – jego ręka po raz kolejny dotknęła jej twarzy. Otwarła oczy. Widziała ledwo, ale była świadoma że właśnie nad nią siedzi Tod. Zmasakrowany tak samo jak ona, jej przyjaciel, który najprawdopodobniej nie wyjdzie stąd żywy. Jak ona.
- Christian jesteś żałosny – zaczął – Praktycznie sam mi ją tutaj przyprowadziłeś, a teraz masz do mnie pretensje – ojciec spojrzał na niego i szepnął – Miłość zabija, takie są prawa tego pierdolonego świata.
Miłość? Chciała coś powiedzieć, lecz nic jej nie pozwalało. Zauważył to. Złapał za jej dłoń i zrezygnowany oparł głowę na jej piersi. Nie potrzebował niczego innego, tylko tego by dali jej w końcu spokój.
Poczuł jej niestabilny oddech i rozchwiane bicie serca. Każda minuta jest jej wielką niewiadomą, a każda godzina przybliża ją do rychłej śmierci. Uspokoił ją lekko swoim szeptem i usłyszał:
- Za to, że byłeś ze mną przez tyle lat dam ci coś w prezencie – spojrzał na niego z pogardą i dodał – Jeden dzień. Tylko jeden. Nic więcej. Pamiętaj.
Złapał za jego poszarpaną bluzkę i razem z resztą mężczyzn odciągnął go od nieprzytomnej już kobiety. Spojrzał na nią i mając ochotę wrzeszczeć zacisnął pięści. Nie wiedział czy dziękować czy przeklinać obecnych tu mężczyzn.
Miał przecież zginąć.
I zginąłby.
Gdyby nie niespodziewany krzyk kobiety.

***

Spojrzał na błękitne niebo. Nie było na nim ani jednej skazy, słońce oświetlało jego twarz, która wyrażała zbyt wiele emocji.
Czy dobrze zrobił słuchając się ukochanej?
Jego wyrzuty sumienia zaczęły się powoli ujawniać. Udało mu się uciec, fakt, jest w połowie (bynajmniej miał taką nadzieję) drogi, lecz im więcej czasu mijało od ostatniego spotkania jego rozum szalał coraz bardziej.
A co jeśli coś się stało?
Jeśli zauważą, że uciekł i Emily przez to będzie miała problemy?
Jeśli ją wywiozą i już nigdy jej nie zobaczy?
A jeśli to było ich ostatnie pożegnanie?
STOP!
Zacisnął pięści i przyspieszył ponownie kroku. Szukając wyjścia z tego, jak dla niego, mrocznego lasu zakręcił się kilka razy i uświadomił sobie, że stało się to czego się właśnie obawiał.
Stracił orientację. Nie wiedział gdzie jest i jak długo tu przebywa. Przerażony spojrzał w prawą stronę i nie ujrzał nic. Te same drzewa, które kołysały się w rytm spokojnego powiewu wiatru.
Czy wracać?
Nie!
To by było jeszcze gorsza głupotą. Zabiliby go i wtedy koniec z jakąkolwiek nadzieją na odzyskanie wolności. Teraz w jego rękach leży los tej trójki.
Nie uświadamiając sobie tak naprawdę, że tylko on może im pomóc stanął na samym środku wielkiego wzniesienia i przełknął głośno ślinę. Nie potrafił zapomnieć o tym w jakim stanie ją zostawił. Całkowicie wycieńczoną, odwodnioną, wygłodzoną, zranioną… To było dla niego ciosem w samo serce. Jeśli ona tego nie przeżyje tylko dlatego, że nie zabrał jej stamtąd siłą on nigdy sobie tego nie wybaczy. Każdy sen zmieni się w koszmar, a zwykły dzień przybierze czarnych kolorów.
Może zbyt łatwo uległ jej namowom? Być może wiedziała co robi, nie należała do głupich dziewczyn. Ale mógł popatrzeć też na jej stan.
Nagle jakieś drzewo lekko się przewaliło i Bennington upadł ze strachu na ziemię. Będąc pewny, że wpadł w sam środek ich pułapki schował się na ile to było możliwe za jakimś krzakiem i spojrzał w dal.
Zaskoczony tym co widzi wstał i przybliżył się bardziej do stojącego mężczyzny, oceniając z daleka jego poczynania. Stary dziadek, pewnie wybrał się na grzyby. Ale o tej porze roku? Zresztą, na upartego by mu się udało coś zebrać.
Wiedząc, że on nie stanowi dla niego żadnego zagrożenia podszedł w jego stronę i nagle usłyszał potok jego lamentu:
- Matko Boska! – krzyknął przerażony i rzucił siekierą gdzieś w oddal. Bennington widząc ostre narzędzie zastanowił się przez chwilę czy nie zawrócić, ale postanowił zaryzykować. Dziadek przecież nie wyglądał na kogoś niebezpiecznego – Ja naprawdę nic złego nie zrobiłem, to już tak leżało!
- Spokojnie, ja nic od pana nie chcę – Bennington zaczął go uspokajać.
- Wszystko przez to, że te pieprzone gnidy nie oddały mi pieniędzy…
- Ale spokojnie! – podszedł do niego lekko zdziwiony i w końcu zrozumiał co się dzieje. Czyli nielegalna wycinka drzew z lasów… Nie przejmując się tym wcale spytał – Daleko jest stąd do miasta?
- Panie! – krzyknął – Z choinki, żeś się pan urwał? Jakie miasto? Toż to zwykłe zadupie jest i tyle! A mówiłem władzom by zrobili coś z tym gównem, to odesłali mnie jak zwykle odsyłają takich szarych człowieczków jak…
- Błagam pana! – podszedł pod niego i nie chcąc słuchać jego lamentów ponownie spytał – Ale żaden kontakt z cywilizacją? Nic?
- Panie! Bardziej cywilizowani są chyba kosmici niż ten teren. A tutaj to można pomarzyć. Mój świętej pamięci ojciec, świeć Panie na jego duszą, mówił że…
- A nie komunikuje się pan jakoś? Do cholery, przecież musi pan coś jeść i jakoś żyć!
- Słuchaj smarkaczu – zagroził mu palcem – Żyję na tym świecie dwa albo nawet trzy razy więcej niż ty i wiem co dla mnie lepsze. Nienawidzę tego świata, tu mogę idealnie odpocząć i cieszyć się naturą. Mój ojciec mówił mi że…
- Proszę pana – przerwał mu po raz kolejny zrezygnowany – Musi pan mi pomóc!
- Ja nic nie muszę, ja tylko mogę. Tak mówił mi mój świętej pamięci ojciec, świeć panie nad jego…
- Moja dziewczyna zaraz może zginąć! – krzyknął zrezygnowany – Czy jest cokolwiek co by mi pomogło dostać się do miasta? Błagam pana! Niech pan mi pomoże!
Staruszek nie spodziewał się takiego wyznania. Spojrzał na niego ze swojej siwej już łepetyny i z uśmiechem rzucił:
- Ja też lubię na grzybki chodzić, ale ja potrafię rozróżnić te halucynogenne od tych zwykłych…
- Tak, to brzmi absurdalnie, ale pan myśli, że skąd mam te rany na ciele? A ta krew? Błagam pana, ona może już nie żyć. Jeśli jej się coś stanie to obiecuję, że odetnę sobie głowę tą siekierą, która leży obok pana!
- Panie, ja żem nie takie przypadki widział. Był we wsi taki jeden człek, który był takim sukinsynem jakiego świat nie widział. Ba! Sukinsyn nad sukinsynami. I kiedyś zachorowała mu córka, a córkę miał ładną, nawet bardzo. A wszystkie chłopy się za nią oglądały, no powiem babeczka taka… - widząc załamaną minę Benningtona przerwał swoje lamenty i zaczął – A wie pan co to telefon?
- Ma pan tu telefon? – Spytał zaskoczony.
- Ano mam – odpowiedział pewnie – Bo ja mieszkam niedaleko – wskazał palcem w lewą stronę – Jakieś dwie mile będzie. No ja miałem się pozbyć tego urządzenia, ale jak mnie raz śniegiem zasypało to uznałem, że się kiedyś przyda. O panie, co to za zima była!
- Mógłby pan mi pomóc?
- No, ej! Ale nie tak szybko! – odparł – Było tu kilka takich co mnie okradało.
- Czy ja wyglądam na kogoś kto by chodził po chatkach starszych ludzi i ich okradał?
Przyjrzał mu się uważnie i widząc jego zdecydowaną, męską posturę ciała odpowiedział:
- Wie pan, wygląda mi pan na kogoś kto właśnie z więzienia uciakł. Na takiego zbira albo nawet tak trochu na psychopatycznego gwałciciela… – przerwał, ale widząc jak mężczyzna zaczyna się denerwować rzucił – Ale jak mi pan coś przyzwoitego zaoferuje to czemu nie. Nawet panu postawię coś mocniejszego, ha!
- Proszę pana, widziałem pana jak wycinał pan te drzewa – zaczął – Przysługa za przysługę. Ja skorzystam z tego telefonu i będę trzymał buzię na kłódkę, a jeśli nie to nie. Ale niech pan wie, że ja uczciwym człowiekiem jestem.
Spojrzał na niego zaskoczony i poprawił swoją myśliwską czapkę. Popatrzył na stos wyciętego drewna i przerzucił swój wzrok na mężczyznę. Rzucił coś pod nosem co obrażało mężczyznę oraz podniósł siekierę z ziemi. Zdezorientowany zachowaniem staruszka odsunął się lekko, ale gdy zauważył jak ten woła go dłonią w swoją stronę trochę mu ulżyło i będąc zadowolony ze swojego zwycięstwa podbiegł do niego.

***

Ciemność zataczała kręgi w jej umyśle. Nie chcąc otworzyć oczu przetarła powieki i nagle natknęła się na czyjąś rękę.
Może śni?
To było bardzo możliwe. Ale ten sen był przyjemny. Nie odczuwała aż tak bardzo bólu, tylko delikatny dotyk jakiegoś mężczyzny. Jej głowa, oparta na czyimś ramieniu po raz pierwszy od wielu dni zaznawała takiej wygody. I to było całkiem przyjemne.
Tkwiła w tym transie przez kilka minut, do momentu gdzie zorientowała się, że jednak nie śni. Otworzyła delikatnie oczy i jak gdyby nigdy nic ujrzała to samo pomieszczenie co kiedyś. Tylko było ono trochę bardziej puste. I ta pustka była bardziej przerażająca niż wszystkie tortury jakie były tu wykonane. Nie było żadnych krzeseł, okno zostało szczelnie czymś zaklejone, a obok niej stała niewielka szklanka z wodą.
Przekręciła się lekko by do niej sięgnąć i nagle usłyszała czyjś głos:
- Poczekaj, pomogę ci.
Spojrzała w górę i zauważyła jak mężczyzna schyla się delikatnie po leżące obok naczynie. Podniósł lekko jej głowę, a ona nie opierając się temu złapała lekko za brzegi szklanki i wypiła połowę jej zawartości. Jej smak był jednym z najlepszym wydarzeń jakie spotkały ją w życiu. Złapała się łapczywie by wypić następną połowę, ale wiedziała, że nie jest tu sama.
- Teraz ty… - oddała szklankę towarzyszowi, lecz ten jej nie przyjął.
- Tobie jest bardziej potrzebna – oznajmił i dotknął głową jej włosów.
- Tod… - zaczęła nie odnajdując się w tej nade dziwnej sytuacji – Mi wystarczy.
- Obydwoje wiemy, że tak nie jest – rzucił i dodał – Ja już wypiłem swoją działkę.
- Kłamiesz – oznajmiła.
- Ty pierwsza zaczęłaś – uśmiechnął się lekko i dodał – Błagam, wypij to. Ona jest tu specjalnie dla ciebie. Jesteś wykończona i musisz jakoś odżyć.
Spojrzała na niego i wzięła do ust kolejny łyk wody.
„Boże, jaka ona jest dobra”.
Odstawiła naczynie na bok i zamknęła lekko oczy. Wiedziała, że coś jest nie tak. Ale nie potrafiła wyczuć, co tak naprawdę się dzieje.
Nagle poczuła jak mężczyzna delikatnie objął kobietę w pasie i dotknął brodą jej ciemnych włosów. Czując to oparła się lekko o jego klatkę piersiową i zaczęła:
- Gdzie Ian?
- Jaki Ian? – Spytał zaskoczony – Ian’a nie było.
- Był! – rzuciła – Widziałam go.
- Oni nie mają twojego brata – odpowiedział jej.
- Ale ja go widziałam, patrzył na mnie. Wyczytałam z jego oczu, że Nathan jest w niebezpieczeństwie, że coś się stało, że coś im zrobią…
Wybuchła. Zacisnęła ponownie usta, ale poczuła jak mężczyzna przysuwa jej głowę do siebie uspakajając zaskoczoną kobietę:
- Dlatego krzyczałaś? – Spytał się po chwili.
- Kazałam mu uciekać, bo gdyby go zobaczyli zabiliby go – oznajmiła pewnie i rzuciła – Nic mu nie zrobili?
- Nie – uspokoił jakoś leżącą kobietę – Ian jest bezpieczny. Tak samo jak jego syn – spojrzał na nią po raz kolejny i wiedząc, że zostało mu naprawdę niewiele czasu lekko się do siebie uśmiechnął. Może tak miało być? Kiedyś pragnął śmierci, jak leżał w zimnej komórce i zażywał różne świństwa, wtedy nie myślał o tym, że może umrzeć. Nawet teraz stara się odciągnąć swoje myśli. Im bardziej śmierć zdaje się być czymś bardziej realnym, tym bardziej staje się przerażająca.
- Co się stało z Chesterem? – Spytał ostrożnie.
- Kazałam mu uciekać i znaleźć pomoc. Gdyby nas tu znaleźli mogło być już po nas. On mógł sprowadzić kogoś, zawiadomić...
- Poszedł bez ciebie? – Spytał zaskoczony – Przecież mogłaś uciec razem z nim!
- Nie uciekłabym bez ciebie! – wręcz krzyknęła – Przecież by cię zabili, Tod! Jakby uciekła to byłoby wiadome co z tobą zrobią, a ja w życiu bym sobie tego nie wybaczyła…
Złapał za jej dłoń i rzucił:
- Ty popieprzona kretynko… - przerwał i oparł się o gołą ścianę.
Usłyszał tylko jej szybsze bicie serca. Mimo tego gdzie się znajdowali czuł się wręcz niesamowicie. Gdyby odsunąć te wszystkie nieprzyjemne sceny i dramatyczną przyszłość, mógłby nawet rzec, że chciałby żeby ta chwila trwała jak najdłużej. Dlaczego nie potrafił powiedzieć jej prosto w twarz co czuje? Zaczął zastanawiać się nad tym, by powiedzieć jej jak bardzo mu na niej zależy, ale to i tak byłoby bez znaczenia. Ona ma Benningtona, on śmierć. To byłoby wręcz niemożliwe w tej sytuacji.
- Emily, chcę byś coś wiedziała – zaczął po chwili – Tak naprawdę nie mam na imię Tod.
- Christian? – Spytała po chwili.
- Tak, Christian. Tod było moim przydomkiem, by nikt nie mógł się połapać kim jestem. Używając swojego prawdziwego imienia mógłbym narazić się wielu osobom. Ale to teraz nie ma zbytniego znaczenia – uśmiechnął się lekko – Wymyśliłem to określenie już bardzo dawno temu, wiało grozą trochę od niego, prawda?
- Wcale nie – uśmiechnęła się nieśmiało.
- Och, Deuce… - zaśmiał się – Nie potrafisz kłamać. I nie wiem czy nazwać to wadą czy zaletą.
- Nazywaj to jak chcesz… - odparła i rzuciła – Mimo twojego pseudonimu bardziej bałam się tego co mi zrobisz. Groziłeś mi na każdym kroku. I nawet zacząłeś pracować tam gdzie ja!
- Przekupiłem tylko gościa – zaśmiał się – Musiałem być przy tobie.
- Tak, bo mój ojciec chciał mnie dorwać…
- Nie tylko – odparł całkiem szczerze i rzucił – Wiesz, że to za niedługo się skończy? Jeśli nie złapali Benningtona to masz całkiem spore szanse na życie.
- Mamy – poprawiła go – Nie wyobrażam sobie by było inaczej.
- Oni i tak mnie znajdą i zatłuką na śmierć – odpowiedział – Ale ty będziesz żyła, będziesz miała kochającego męża, gromadkę dzieci… Chcesz mieć dzieci?
- Dziwne pytanie – uśmiechnęła się niezręcznie, ale postanowiła odpowiedzieć – Oczywiście, że tak. Ale ja nawet nie jestem zaręczona ani nic. Muszę mieć tę pewność, że ktoś będzie przy mnie i mnie nie zostawi – spojrzała na niego po chwili – A ty?
- Która by chciała takiego sukinsyna jak ja? – Zaśmiał się lekko – Ale jeśli znalazła by się taka kobieta to czemu nie. Na pewno nie zostawiłbym ich jak to zrobili moi starzy.
- Powiem ci, że im bardziej cię znam zaczynam poznawać coraz to bardziej innego Toda, znaczy się – poprawiła się z uśmiechem – Christiana…
- Możesz mówić na mnie Tod – odparł po chwili – Mi to nie przeszkadza.
Złapał mocniej za jej dłoń i odparł:
- Wiesz już co znaczyły te listy prawda? – Widząc jej skinienie głową odparł – Deuce, wiem, że to głupie, ale przepraszam cię za to, ze byłem tak kurewskim skurwysynem co do ciebie…
- Nie rozmawiajmy o tym – odparła zakłopotana – Fakt, robiłeś beznadziejne rzeczy, bałam się ciebie, planowałam jak się ciebie pozbyć w całkiem niehumanitarny sposób, ale to należy do przeszłości…
- Nie zapomnisz o tym prawda?
- Nie, ale nie zapomnę też tego teraźniejszego Toda, który nie przypomina tego z bardzo dawna. Dlaczego się tak zmieniłeś? – Spytała.
- Tak czasem bywa – odpowiedział jej i spytał – Jak się czujesz?
- Jakby przejechał po mnie czołg.
- Masz idealne określenia na tę sytuację – zaśmiał się cicho delikatnie kładąc swoją brodę na jej głowie.
- A ty?
- Żyć, nie umierać…
- Przestań – Zaśmiała się głośno i po chwili dodała – Dobra, wygrałeś.
- Ja zawsze wygrywam.
- Nie zawsze.
- To w czym niby przegrałem? – Zapytał po chwili lekko się uśmiechając.
- Nie wiem, na pewno było coś co przegrałeś – odparła – Jakaś głupia gra, zakład…
- Nie przypominam sobie – odparł.
- Tod, mogę się o coś spytać? – Emily zmieniła nagle temat. Ten dał jej pozytywną odpowiedź i usłyszał – Wiem o co chodziło z tymi drzewami, a z tym skarbem? Że jest w tym domu pewien skarb, nie doceniam go i nie zauważam, ale jest on bardzo cenny. Tak to szło? – Spytała się mężczyzny – O co tu chodzi? Mam jakiś skarb w mieszkaniu? Przeszukałam wszystko, ale nic takiego cennego…
- A patrzyłaś na coś innego niż rzeczy materialne? – Spytał po chwili i widząc jej zdezorientowaną minę rzucił – To ty byłaś tym skarbem i nadal nim jesteś. Rozumiesz?
Zaskoczona odpowiedzią otworzyła usta, ale nie wydobyła z siebie żadnego dźwięku. Głos utkwił w jej gardle, a sama spojrzała głucho w przestrzeń. Dlaczego nie wzięła tego pod uwagę? Przecież to było tak banalnie proste.
Nagle coś usłyszeli. Tod lekko odsunął się od leżącej na jego ramieniu kobiety i wstał. Drzwi się otworzyły, a on wiedział co to znaczy.
Spojrzał na swojego oprawcę przeszywającym wzrokiem i ścisnął pięści.
- No, umowa się zakończyła.
- Jak to? – Spytał zaskoczony – Mam jeszcze jakieś kilkanaście godzin!
- Zmiana planów – uśmiechnął się i chwycił za ramię mężczyzny – Nie możemy znaleźć tego drugiego koleżki, będziemy musieli się was pozbyć, bo jak nie to wpadniemy wszyscy.
- On żyje – powiedziała do siebie cicho i będąc zadowolona z tej wiadomości delikatnie wstała z miejsca.
- No już, wychodzimy… - złapał mężczyznę za masywne ramię i pchnął nim w kierunku drugiego pomieszczenia.
- Gdzie go zabieracie?
- Ano, faktycznie! – zaśmiał się – Chcesz się z nią pożegnać?
- Tod! – wrzasnęła – Gdzie cię zabierają, proszę powiedz mi, że to…
- Deuce… – objął jej ciało delikatnie i oparł głowę na jej ramieniu. Wtulił w siebie przerażoną kobietę i wręcz niesłyszalnym szeptem odparł – Rób co ci każę, zaufaj mi, proszę. Ten ostatni raz mi zaufaj…
- No już! – Krzyknął łapiąc za ciało mężczyzny – Nie będziemy czekać wieczności.
- Moglibyście przynajmniej mnie zabić jakoś znienacka – zaczął – Na przykład tak…
Nagle po całym pomieszczeniu rozległ się głośny trzask. Wystrzał z pistoletu dał im uszom sporo bólu i minęło wiele czasu nim się otrząsnęli. Tod spojrzał na ciało swojego dawnego znajomego, które runęło na zimną podłogę i spojrzał na przerażoną kobietę.
- Zabiłeś go… - rzuciła bezdźwięcznie, lecz po chwili się ocknęła – Skąd miałeś broń?!
- W dupie mam jego życie, jeśli chciał zabrać twoje – wrzasnął i złapał za jej dłoń – Dasz radę uciec? Choć trochę. Deuce, to nasza ostatnia szansa.
Kiwnęła lekko głową i z wielkim wysiłkiem szybko ruszyła przed siebie. Przeszli przez drzwi i zauważyli główne wyjście.
Mieli wielkie szczęście gdyż na drodze nie znaleźli nikogo innego. Spojrzeli przed siebie i szybkim ruchem przeskoczyli przez próg wielkiej ruiny.
Każdy ruch sprawiał jej ból, ale wiedziała, że to ich ostatnia szansa.
- Skąd masz broń? – Zapytała ponownie po chwili gdy oddalili się od domu.
- Kretyn nie zorientował się, że wyciągnąłem mu coś z kieszeni za pierwszym razem gdy chciał mnie wyprowadzić z tej dziury…
- Oni nas znajdą, słyszeli strzał.
- Wiem – odpowiedział – Dlatego musimy biec ile się da.
- Zabiją nas – rzuciła.
- Nie zabiją – Odparł i niespodziewanie złapał za jej ciało mocno podnosząc do góry. Zaskoczona jego zagraniem głośno pisnęła, ale szybko usłyszała:
- Nie masz siły by biec…
- Ty też.
Nie odpowiedział nic na to spostrzeżenie. Naraził Emily na śmierć tylko dlatego, że wiedział, że umrze. Czy to nie było egoistyczne?
Nie. Bał się jej, a gdy nadarzyła się okazja postanowił ją wykorzystać. Ludzie zawsze wiedzieli, że jest inteligentny, a on w tej chwili to okazał. Wierzył, że dadzą radę, wierzył w to do samego końca. Mając przed sobą rozścielający się wielki las przełknął głośno ślinę, gdyż wiedział, że nie wiedzą w co się pchają. Emily potrzebuję pomocy, każdy godzina może być jej ostatnią.
Spojrzał w niebo i głośno zaklął. Nagle poczuł jak jakieś korzenie obejmują jego stopy. Wiedział, że to nie skończy się szczęśliwie. Runął jak długi zrzucając z siebie przerażoną kobietę. Stoczył się do jakiegoś dołka i jęknął głośno z bólu. Jednak to nie on był ważny.
- Emily! – wrzasnął w jej stronę, gdy zauważył jak kobieta leży bezwładnie na jakimś pniu. Czy coś się jej stało? – Przepraszam, ja…
- Nie damy rady, rozumiesz? – Zaczęła załamana – Ja nie mam siły i ty też. Oni nas tu znajdą, Tod jesteśmy martwi…
- Nie, nie jesteśmy – odparła łapiąc za jej roztrzęsioną twarz. Spojrzał w jej przestraszone oczy i rzucił – Wszystko będzie dobrze…
- Sam wiesz, że nie.
- Dlaczego tracisz nadzieję? – Spytał wręcz krzycząc – Do jasnej cholery nie trać tej okropnej nadziei. Jeszcze nic straconego.
Nagle usłyszeli jeden strzał. Jeden za drugim. Kobieta głośno krzyknęła i schowała się w ramionach Toda, a ten coraz bardziej zdruzgotany przyciągnął ją do siebie. Oni tu są i oni doskonale o tym wiedzieli.
- Tod… - zaczęła, ale mężczyzna nie pozwolił jej dokończyć.
- Przeżyjesz. Schronisz się za tymi pagórkami, okryjesz liśćmi, schowasz się do jakiejś jamy. Nie są aż tak bardzo spostrzegawczy jak ci się wydaje. Bennington musiał wezwać pomoc, odnajdą cię i będziesz żyć…
- Tod do cholery zamknij się! – krzyknęła – Nie żegnaj się ze mną! Przecież schowamy się razem!
- Oni mnie szukają i mnie dostaną. Będąc z tobą narażam cię na większe niebezpieczeństwo. Jeśli zobaczą, że jestem z tobą to i ty zarobisz kulką w głowę, a tak…
- Przestań, nie zrobisz mi tego! – Wrzasnęła bezsilna – Nie zrobisz rozumiesz?!
- Zaufaj mi.
- Nie… - krzyknęła w rozpaczy – Tod, nie pójdziesz. Zostań ze mną, proszę…
Usłyszeli kolejny strzał. Były one coraz bardziej głośniejsze. Ponownie skuliła swoją głowę i przerażona spojrzała na jego cierpiącą twarz.
- Deuce, wybacz… - po tych słowach szybko złapał swoimi dłońmi za jej twarz i delikatnie się do niej przybliżył. Nie zwracając uwagi na wszystko inne dotknął jej ust i poczuł ich słonawy smak. Wiedział, że to co robi jest szalone i bardzo dziecinne, ale był świadomy tego co może się stać. Złapał mocniej za jej głowę, ale na tyle ostrożnie by nie sprawić jej bólu i brnął dalej w pocałunek z kobietą, którą kiedyś miał za zadanie zniszczyć.
Po chwili się od niej odsunął. Spojrzał na jej oczy i oparł swoje czoło o jej. Co czuła Emily? Była w lekkim szoku, ale nie potrafiła odsunąć mężczyzny. To było silniejsze niż się spodziewała.
Po chwili pocałował ją po raz kolejny. Wiedział, że każda sekunda przybliża ich do wielkiego niebezpieczeństwa, ale nie potrafił inaczej. Delikatnie objął swoimi ustami jej górnej wargi i zadowolony z tego, że Emily jednak go nie odepchnęła dotknął jej posiniaczonego policzka. Uśmiechnął się lekko przez pryzmat cierpienia i po raz ostatni dotknął jej dłoni.
Nagle wstał i spojrzał na przerażoną kobietę. Nie powiedział nic. Przełknął głośno ślinę i czując jak wszystko zaczyna się w nim mieszać zrobił krok do tyłu. Spojrzał po raz ostatni na leżącą kobietę i pobiegł w drugą stronę.
Chciała coś krzyknąć, ale głos nie mógł przedostać się przez jej gardło. Była bezsilna. Wstała i wiedząc, że musi się gdzieś schować pobiegła w stronę najbliższych wzniesień.
Wracając ciągle wspomnieniami do ich pocałunku zapominała o tym wszystkim co się w tej chwili działo i usłyszała kolejny strzał. Krzyknęła głośno z bólu i nagle zobaczyła zbliżającego się Benningtona.
Pobiegła w jego stronę i wtuliła się w jego ramiona. Sama nie wie dlaczego to zrobiła, przecież przekreśliła to wszystko co między nimi było. Nagle on złapał za jej głowę. Uśmiechnęła się lekko, a Chester widząc, że to sprawia jej przyjemność zniżył swoje dłonie. Teraz dotykały jej szyi.
Nagle poczuła ból.                                              
- Chazz! – krzyknęła głośno i złapała się za pierwszą lepszą rzecz. Nie mogła oddychać. Jego dłonie uniemożliwiły dopływ powietrza do jej płuc, a sama wiedziała, że jeśli ich nie odsunie to zginie. Zginie z ręki osoby, którą kiedyś kochała i nadal kocha…
Nagle obaliła się na ziemię. Krzyknęła coś w stronę mężczyzny, który nadal milczał i zobaczyła ten jego przeszywający wzrok. Patrzył na nią ciemnymi oczami oceniając jej każdy kawałek zmasakrowanego ciała. Dotknął jej bluzki i rozdarł ją na całą długość.
- Błagam! – krzyknęła po raz kolejny i złapała się za pierwszą lepszą rzecz, które okazały się jego nogami – Chester, proszę nie rób mi krzywdy!
On jej jednak nie słuchał. Złapał za jej włosy sprawiając jej coraz gorszy ból. Modliła się o ukojenie.
Osunęła się nagle na zimny grunt. Zamknęła oczy i tylko czuła jak chłodny, aczkolwiek przyjemny wiatr głaszcze jej odkryte części ciała. Zaczęła coś mówić pod nosem, coś w rodzaju pomocy..
Po chwili poczuła jak coś spadło na jej obolałą głowę. Poczuła ogromny ból, który sparaliżował jej cały umysł. Chciała dać radę, ale niestety się jej to nie udało. Ogromny cios od nieznanego przedmiotu sprawił, że kobieta w końcu zamknęła swoje zmęczone oczy i oddaliła od siebie cały otaczający ją ból.


Najdłuższy i chyba najbardziej emocjonalny rozdział na tym blogu. Pisanie jego zajęło mi wiele czasu i uwierzcie mi to nie było dla mnie łatwe. Mogłam go skopać, zepsuć, cokolwiek. Ale myślę, że wyszedł dosyć przyzwoicie.
Jeśli są jakieś błędy, a na pewno są, to wybaczcie. Miałam tego bardzo dużo do sprawdzenia i mogłam coś przeoczyć.
No także ten... Z następnym może wyrobię się tak szybko jak z tym, ale niczego nie obiecuję. 
Pozdrawiam wszystkich, którzy nadal są przy mnie i to czytają ;)

PS. Kocham was za tą liczbę wyświetleń, serio :))